28.12.2024, 00:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 23:26 przez Lorraine Malfoy.)
– Poezja jest jak miecz obosieczny – odparowała natychmiast, myśląc o ojcu, smarującym poematy na ścianach podziemnych korytarzy krwią tych, których uczynił ich bohaterami. – Wierz mi, wiem coś o tym. – Utoczysz komuś krwi tym mieczem, a on, zamiast się wykrwawić... Ojciec miał rację, pomyślała ze smutkiem, nawijając bezmyślnie pukiel włosów na palec – "krew woła o krew, Lorraine", mruczał pod nosem Armand, z rękami i twarzą pomazanymi skrzepłą posoką, która skapywała też z jego włosów – w tej wojnie chodziło o krew, choć nie taką ze skorowidza czystości krwi. "Krew woła o krew, Lorraine", rzucił gniewnie Baldwin, próbując wyrwać swoją pokaleczoną dłoń z jej dłoni, kiedy odwinęła bandaże przesiąknięte krwią, którą namalował fresk na ścianie salonu Anthony'ego, ale nie pozwoliła mu na to. Chodziło o krew, którą każde z nich gotowe było przelać za to, w co wierzyli. Lorraine była gotowa przelać ją za tych, których kochała. Każdą jej kroplę za Maeve. – Tylko ty byłbyś na tyle bezczelny – wyszeptała, patrząc prosto w oczy Stanleya – aby na pytanie o to, czy w wolnym czasie mordujesz mugoli, zacytować mi w odpowiedzi mugolską poezję.
Nie chciała pokazywać mu swojej pogardy, ta jednak czaiła się w niebezpiecznie drżącym kąciku ust.
Słowa wyciągnięte gdzieś spomiędzy ustępów rodem ze "Sztuki wojny" Sao Tzu, a wzniosłych wersetów spisanych rękoma biblijnych poetów zdawały się jednak do niej trafiać. Lorraine skinęła krótko głową, sygnalizując, że przyjęła słowa Stanleya do wiadomości. Czy w nie wierzyła? To nie była kwestia wiary dla Lorraine Malfoy, która przywdziała z powrotem maskę opanowania, ściągając usta w surową kreskę. Stanley Borgin nie był głupcem, nie tylko dlatego, że czytywał poezję, nie, Stanley Borgin potrafił być diabelnie cwany: skryty, nieczęsto zdradzał, co naprawdę czuje, nigdy zaś, co myśli, jednym razem potrafił być po chłopięcemu powściągliwy, innym – czarujący w ten szalenie ujmujący sposób, który zawsze zjednywał mu ludzi. Zawiódł ją... Zawiódł ją straszliwie, a Lorraine nie zamierzała ukrywać swojego zawodu. Nie zamierzała też ukrywać, że podobnie jak i Borgin, jest skończoną hipokrytką.
– Dziękuję, że to powiedziałeś – odpowiedziała chłodno. Pewne rzeczy musiały być czasem powiedziane, pomyślała, splatając elegancko dłonie przed sobą, choć oboje pozostawali doskonale świadomi tego, że Stanley może mówić tylko za siebie, a za niesubordynację – przyjdzie zapłacić mu życiem. – Ja też nie chcę ciebie krzywdzić – dodała, wyciągając nagle dłoń w jego stronę, niespodziewany gest ze strony Lorraine, która wbrew pozorom nie przepadała za fizyczną bliskością – ale czego chcą oni? Jak wielu ich jest? Możesz mi obiecać, że oni wszyscy nie skrzywdzą Maeve?
Nie widziała sensu w ukrywaniu tego, co, a raczej kto jest jej priorytetem.
– Ja też nie zamierzam cię okłamywać, Stanleyu. Nie darzę większą niż ty sympatią mugoli. – Nieważne, że ceniła sobie ich dokonania na polu sztuki – że nauczono ją kochać ich muzykę, poezję, malarstwo – Lorraine Malfoy pozostawała, niezaprzeczalnie, Lorraine Malfoy, a krew, ktora płynęła w jej żyłach była stara, bardzo stara. A krew woła o krew. – Nie są nam równi – zauważyła cicho – nigdy nie będą nam równi. Nie rozumiem więc, po co walczyć – po co walczycie, pomyślała – z nimi jak z równymi. – Odwróciła na chwilę wzrok, zerkając na kota, który plątał się między ich nogami. – Nie skręcasz karku kociakowi, który nieopatrznie zadraśnie cię pazurą w trakcie zabawy.
Nie chciała pokazywać mu swojej pogardy, ta jednak czaiła się w niebezpiecznie drżącym kąciku ust.
Słowa wyciągnięte gdzieś spomiędzy ustępów rodem ze "Sztuki wojny" Sao Tzu, a wzniosłych wersetów spisanych rękoma biblijnych poetów zdawały się jednak do niej trafiać. Lorraine skinęła krótko głową, sygnalizując, że przyjęła słowa Stanleya do wiadomości. Czy w nie wierzyła? To nie była kwestia wiary dla Lorraine Malfoy, która przywdziała z powrotem maskę opanowania, ściągając usta w surową kreskę. Stanley Borgin nie był głupcem, nie tylko dlatego, że czytywał poezję, nie, Stanley Borgin potrafił być diabelnie cwany: skryty, nieczęsto zdradzał, co naprawdę czuje, nigdy zaś, co myśli, jednym razem potrafił być po chłopięcemu powściągliwy, innym – czarujący w ten szalenie ujmujący sposób, który zawsze zjednywał mu ludzi. Zawiódł ją... Zawiódł ją straszliwie, a Lorraine nie zamierzała ukrywać swojego zawodu. Nie zamierzała też ukrywać, że podobnie jak i Borgin, jest skończoną hipokrytką.
– Dziękuję, że to powiedziałeś – odpowiedziała chłodno. Pewne rzeczy musiały być czasem powiedziane, pomyślała, splatając elegancko dłonie przed sobą, choć oboje pozostawali doskonale świadomi tego, że Stanley może mówić tylko za siebie, a za niesubordynację – przyjdzie zapłacić mu życiem. – Ja też nie chcę ciebie krzywdzić – dodała, wyciągając nagle dłoń w jego stronę, niespodziewany gest ze strony Lorraine, która wbrew pozorom nie przepadała za fizyczną bliskością – ale czego chcą oni? Jak wielu ich jest? Możesz mi obiecać, że oni wszyscy nie skrzywdzą Maeve?
Nie widziała sensu w ukrywaniu tego, co, a raczej kto jest jej priorytetem.
– Ja też nie zamierzam cię okłamywać, Stanleyu. Nie darzę większą niż ty sympatią mugoli. – Nieważne, że ceniła sobie ich dokonania na polu sztuki – że nauczono ją kochać ich muzykę, poezję, malarstwo – Lorraine Malfoy pozostawała, niezaprzeczalnie, Lorraine Malfoy, a krew, ktora płynęła w jej żyłach była stara, bardzo stara. A krew woła o krew. – Nie są nam równi – zauważyła cicho – nigdy nie będą nam równi. Nie rozumiem więc, po co walczyć – po co walczycie, pomyślała – z nimi jak z równymi. – Odwróciła na chwilę wzrok, zerkając na kota, który plątał się między ich nogami. – Nie skręcasz karku kociakowi, który nieopatrznie zadraśnie cię pazurą w trakcie zabawy.