Należał do grona rozgadanych istot. Rozmawianie dostarczało mu przyjemności. Cóż umila dzień jak nie wyżebrana dodatkowa miska tuńczyka luźna pogawędka w piękny słoneczny dzień? O tej porze zazwyczaj miał trzecią drzemkę więc tym bardziej skory był do pogawędek z klientelą, aby odwieść swe myśli od pragnień zwinięcia się w kłębek za tą największą donicą, na najniższym parapecie gdzie słońce ogrzewało go najmocniej. Musiałby być ślepym gumochłonem bądź upośledzonym świergotkiem (których wokół pełno) aby nie spostrzec zmiany w postawie klienta. Z entuzjastycznego źródła galeonów przemienił się w słup soli. Chętnie by liznął kawałek jego ręki i sprawdził czy pokrył się drobinkami soli. Z racji, że nie wypada nagabywać zestresowanych osób oblizał swój pyszczek, spoglądając to na Theodore'a.
- "Nich"?- ach, ta człowiecza precyzja językowa! Czasami mówili do niego za pomocą skrótów myślowych co sprawiało mu kłopot w zrozumieniu całości wypowiedzi. Zazwyczaj by to zignorował ale teraz był tu sam. Omiótł spojrzeniem klubokawiarnię uznając, że mężczyzna pyta o kadrę pracowniczą tego miejsca.
- Nadaję się do każdej wybitnej roli, panie Theodorze. - odparł, nie mając pojęcia, że mógłby być odebrany dwojako dla kogoś widzącego wszędzie drugie dno. Pochylił się do położonej garści sykli, niuchając ich zapach. Jego ucho zastrzygło na dźwięk upadającej monety.
- Coś panu wypadło.- zwrócił uwagę i usiadł bokiem do podanych monet. Z największą przyjemnością odsuwał każdego sykla do samoistnie wysuniętej szufladki przeznaczonej do połykania pieniędzy. Delektował się zrzucaniem moment, wiedząc, że magia da mu znać gdyby wartość była nierówna.
- Bierze pan tego pączka czy się pan rozmyślił?- zwrócił uwagę na jego ograniczoną ruchomość sylwetki. Zerkał na niego kątem oka.
- Proszę sobie wygodnie przysiąść i delektować się napitkiem póki gorący. Może Proroka Codziennego?- wyczuwał na krańcach wąsów, że atmosfera zgęstniała. Nie przerywając powolnego wrzucania monet z blatu do szufladki, nabrał czujności. Może to jakiś recydywista i desperat, który myśli, że okradnie klubokawiarnię na jego zmianie?
- "Nich"?- ach, ta człowiecza precyzja językowa! Czasami mówili do niego za pomocą skrótów myślowych co sprawiało mu kłopot w zrozumieniu całości wypowiedzi. Zazwyczaj by to zignorował ale teraz był tu sam. Omiótł spojrzeniem klubokawiarnię uznając, że mężczyzna pyta o kadrę pracowniczą tego miejsca.
- Nadaję się do każdej wybitnej roli, panie Theodorze. - odparł, nie mając pojęcia, że mógłby być odebrany dwojako dla kogoś widzącego wszędzie drugie dno. Pochylił się do położonej garści sykli, niuchając ich zapach. Jego ucho zastrzygło na dźwięk upadającej monety.
- Coś panu wypadło.- zwrócił uwagę i usiadł bokiem do podanych monet. Z największą przyjemnością odsuwał każdego sykla do samoistnie wysuniętej szufladki przeznaczonej do połykania pieniędzy. Delektował się zrzucaniem moment, wiedząc, że magia da mu znać gdyby wartość była nierówna.
- Bierze pan tego pączka czy się pan rozmyślił?- zwrócił uwagę na jego ograniczoną ruchomość sylwetki. Zerkał na niego kątem oka.
- Proszę sobie wygodnie przysiąść i delektować się napitkiem póki gorący. Może Proroka Codziennego?- wyczuwał na krańcach wąsów, że atmosfera zgęstniała. Nie przerywając powolnego wrzucania monet z blatu do szufladki, nabrał czujności. Może to jakiś recydywista i desperat, który myśli, że okradnie klubokawiarnię na jego zmianie?