28.12.2024, 15:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 21:14 przez Alexander Mulciber.)
Znała wszystkie odgłosy tego domu. Znała skrzypienie desek parkietu i dźwięczne pobrzękiwanie kryształków żyrandoli, na których bujał się wiatr i promienie słońca, tworzące na ścianach świetlne odblaski – powidoki świata, niedostępnego dla kobiety zamkniętej w więzieniu własnego umysłu. Tak przynajmniej mówili szarlatani, cuchnący śmiercią zakonserwowaną w formalinie, kiedy próbowali wsadzać swoje wypielęgnowane palce o zbyt krótko przyciętych paznokciach pomiędzy pręty jej celi. Nie, chciała im powiedzieć, to egzystencja jest więzieniem. Egzystencja Seliny Mulciber tak długo ograniczała się tylko i wyłącznie do dworu Mulciberów, że jego mury zaczęły przypominać więzienną fortecę. Znała echo kroków służby, strażników tego więzienia, odbijające się od korytarzy przyozdobionych portretami przodków jej męża, współskazańców, wiecznie szepczących między sobą. "Pani Mulciber", pytali, "co z nami będzie, pani Mulciber?", nieświadomi, że odpowiedzi, jakie by otrzymali, rozdarłyby nie tylko ich płótna, ale i ich serca, burząc spokój wiecznego snu, o którym marzyli wszyscy Mulciberowie od momentu narodzin. Znała ich marzenia, sny, które śnili, znała też dręczące ich koszmary... Nie znała jednak głosu dziewczęcia, które objawiło się u jej boku jak duch.
Nie mogło być duchem, bo Selina znała wszystkie duchy nawiedzające ten dom, sama zbyt często będąc braną za jednego z nich, nie, z jej twarzy biło życie: Selina przekrzywiła lekko głowę, jak stara sroka, w której szpony wpadło piękne świecidełko, z zaskakującą zręcznością obracając wręczony jej kamień między palcami okutymi w złote pierścionki. Nie patrzyła przy tym jednak na turmalin, nie, patrzyła na stojącą przed nią Scarlett, patrzyła w jej oczy, błyszczące jak kryształy. Och, młodości, która wiecznie poszukujesz, pomyślała niejako z rozrzewnieniem Selina, zaciskając palce na turmalinowym kamieniu, młodości, która jak kwarc przybierasz wszystkie kolory znane naturze! To zanieczyszczenia metalami nadawały mu przecież barwę, nadawały piękno kryształom, które nasiąkały kolorami tak jak młodość nasiąkała ideałami... A choć stojąca przed nią dziewczyna była młoda, bardzo młoda, jej oczy były przejrzyste niczym kryształ górski. Czysty, nieskalany domieszkami, tak, jak gdyby od zawsze znała drogę, jaką dane jej będzie podążyć.
– Skąd możesz to wiedzieć, dziecko? Nie przekroczyłaś oceanu, tylko morze. – powiedziała łagodnie, głosem głębokim, lekko chryplawym, podobnym do trzaskania ognia w kominku. Czy nie dryfowały teraz bowiem pośród morza wrzosowisk, pośród bezkresu traw? Nocami, kiedy wyglądała przez okno swojego pokoju, miała czasem wrażenie, że jest na wybrzeżu Andaluzji, gdzie przyszła na świat jej matka, gdzie i ona spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia. Ale wody oblewające tamte ziemie były ciepłe, te zaś były zimne jak Morze Północne. – Nieboskłon to nekropolia, cmentarz, na którym gwiazdy płoną jak znicze. Gwiazda, które nad tobą świeci, nie może czuwać, bo umarła lata temu, choć jej blask dociera wciąż do twoich oczu. Masz szczęście, że masz oczy swojej matki.
Znieruchomiała na chwilę, zastygając w upiornym bezruchu, maraźmie, który przerwała nagle, wyciągając dłoń, aby pogładzić dziewczę po jasnych włosach, tak różnych od jej własnych. Od początku rozmowy ani razu nie mrugnęła.
– Kim jesteś? – wyszeptała Selina. Próbowała odnaleźć w odmętach pamięci majaczące przed nią oblicze, prześlizgując się między wspomnieniami o tym, co było, i o tym, co będzie, tak samo jak jej palce prześlizgnęły się po okalających twarz nieznajomej blond puklach – dłuższych, niż pamiętała. Blada jej cera w niczym nie przypominała pocałowanej przez słońce karnacji dziewczyny, która nosiła w swojej talii tarota księżyc niczym talizman, nie, w prześwitujących przez niemal przezroczystą skórę, drobnych, niebieskich żyłkach, nie płynęło przekleństwo Limbo. Pogładziła ją delikatnie po policzku, wpatrując się w oczy, które były górskimi kryształami, nie szmaragdami. – Nie jesteś Rosie... Kim jesteś?
Nie mogło być duchem, bo Selina znała wszystkie duchy nawiedzające ten dom, sama zbyt często będąc braną za jednego z nich, nie, z jej twarzy biło życie: Selina przekrzywiła lekko głowę, jak stara sroka, w której szpony wpadło piękne świecidełko, z zaskakującą zręcznością obracając wręczony jej kamień między palcami okutymi w złote pierścionki. Nie patrzyła przy tym jednak na turmalin, nie, patrzyła na stojącą przed nią Scarlett, patrzyła w jej oczy, błyszczące jak kryształy. Och, młodości, która wiecznie poszukujesz, pomyślała niejako z rozrzewnieniem Selina, zaciskając palce na turmalinowym kamieniu, młodości, która jak kwarc przybierasz wszystkie kolory znane naturze! To zanieczyszczenia metalami nadawały mu przecież barwę, nadawały piękno kryształom, które nasiąkały kolorami tak jak młodość nasiąkała ideałami... A choć stojąca przed nią dziewczyna była młoda, bardzo młoda, jej oczy były przejrzyste niczym kryształ górski. Czysty, nieskalany domieszkami, tak, jak gdyby od zawsze znała drogę, jaką dane jej będzie podążyć.
– Skąd możesz to wiedzieć, dziecko? Nie przekroczyłaś oceanu, tylko morze. – powiedziała łagodnie, głosem głębokim, lekko chryplawym, podobnym do trzaskania ognia w kominku. Czy nie dryfowały teraz bowiem pośród morza wrzosowisk, pośród bezkresu traw? Nocami, kiedy wyglądała przez okno swojego pokoju, miała czasem wrażenie, że jest na wybrzeżu Andaluzji, gdzie przyszła na świat jej matka, gdzie i ona spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia. Ale wody oblewające tamte ziemie były ciepłe, te zaś były zimne jak Morze Północne. – Nieboskłon to nekropolia, cmentarz, na którym gwiazdy płoną jak znicze. Gwiazda, które nad tobą świeci, nie może czuwać, bo umarła lata temu, choć jej blask dociera wciąż do twoich oczu. Masz szczęście, że masz oczy swojej matki.
Znieruchomiała na chwilę, zastygając w upiornym bezruchu, maraźmie, który przerwała nagle, wyciągając dłoń, aby pogładzić dziewczę po jasnych włosach, tak różnych od jej własnych. Od początku rozmowy ani razu nie mrugnęła.
– Kim jesteś? – wyszeptała Selina. Próbowała odnaleźć w odmętach pamięci majaczące przed nią oblicze, prześlizgując się między wspomnieniami o tym, co było, i o tym, co będzie, tak samo jak jej palce prześlizgnęły się po okalających twarz nieznajomej blond puklach – dłuższych, niż pamiętała. Blada jej cera w niczym nie przypominała pocałowanej przez słońce karnacji dziewczyny, która nosiła w swojej talii tarota księżyc niczym talizman, nie, w prześwitujących przez niemal przezroczystą skórę, drobnych, niebieskich żyłkach, nie płynęło przekleństwo Limbo. Pogładziła ją delikatnie po policzku, wpatrując się w oczy, które były górskimi kryształami, nie szmaragdami. – Nie jesteś Rosie... Kim jesteś?