Wplot niewinności do ich już obrzezanej przemocą codzienności był czystą nutą na pięciolinii. Bielą między czarnymi kropeczkami. Ulotnością unoszącą się na pryzmacie rozszczepionych bolączek i drak. Tak ślicznie wyglądał ten porcelanowy człowiek obleczony niewinnością, że zło zamiarów z Windermere, urojone zaklęciem, rozpryskiwało się jak pod dotykiem magii rozproszenia. Manipulacja jakże udana - i jakże tragiczna w swoich podwojach. Wilka tak dobrze czuł się przy korycie, że w owczą skórę postanowił się oblec. Głupia owieczko - niczego nie podejrzewasz? Śpij dalej smacznie, twój sen jest sprawiedliwy - gdy zbudzisz się nie ulegaj zdziwieniu. Wilcze kły już będą wbite w twoją nóżkę. W chorobliwej potrzebie akceptacji było coś wilczego i coś owczego. Pogoń za wpasowaniem się w miejsce, które sobie upatrzyłeś, nie mogła być sprintem dla kogoś, kogo pożerała powoli choroba. Nie było genialnego leku na tę przypadłość - mogliśmy mieć jedynie pobożne życzenia i odrobinę wiary. Kiedy ostatnio modliłeś się do Matki, Perseusie? Albo do Boga, skoro obracasz swoją głowę tak ochoczo w kierunku mugoli? Tego Jednego, tego w Trójcy Świętej, albo mesjasza z góry Synaj? Nie modlił się Zaklinasz Dusz - sięgnął po gusła znane mu, wystudiowane i badane latami. Czar znajomości ludzkiej psychologii potrafił zdziałać o wiele więcej niż zaklęcie czy cud boski.
Trywializacja problemu nie umknęła uwadze Laurenta, ale pozwolił ją zbyć na bok. Odtrącić tym wzruszeniem ramion, które zostało mu okazane. Rodziło się to jedno pytanie, ale było też dziesięć kolejnych. Dlaczego tak trywializował? Czy to tylko maska, czy jednak naprawdę tak uważał? Mógł poprosić, by tak nie mówił - słowo "dopóki" zwiastowało nastanie czasu, który przyniesie taki finisz sytuacji. Coś, czego nie chcesz, bo kto chciałby oglądać kogoś tak pięknego i dobrego jak Perseus u zbytku swych sił? W katastrofie, która już jest tym "dopóki".
Przerwane zastanowienie uśmiechem i jednym prostym pytaniem, które strącało z pantałyku. O tym strąceniu Laurent nie dał po sobie znać, ale przecież Perseusz mógł o wiele więcej. To "więcej" było już tematem do poruszenia - w całkowitym przeciwieństwie do "dopóki". Łatwo zrodzić niepewność, gdy wszystko w tobie nastawione było na potrzebę urządzenia tego spotkania w najbardziej łagodnym świetle. W poczuciu ciepła i bliskości zgoła innego rodzaju od... czego w zasadzie? Perseus stał na przeciwnym biegunie od Nicholasa, a gdzie znajdował się w ujęciu takiego Philipa? Gdzieś w niepoukładanej głowie już niemal wszystko i wszyscy ograniczali się do tego schematu - przeleć, a kiedy układ przelatywania przestawał pasować to... stop. Laurent uśmiechnął się nieco szerzej, bo jego mózg wykonał niezwykle brzydkiego fikołka przez te wszystkie wzgórza i doliny braku wartości. Piękne były to doliny - szkoda jedynie, że tak puste. Dzięki temu wyszło dokładnie tak, jakby uśmiechnął się do tego żartu. Wewnętrznie jednak ugryzł go niepokój. Kąsanie zupełnie niezgodne z wibracjami, jakie odbierał od człowieka, który takim lekkim tonem zażartował ze swojej nogi, a teraz z tego... tego, co było jedną z wielu rys na jego sumieniu.
- Czuję... - Trochę nieświadomie wszedł w słowo czarnowłosemu, bo sądził, że zadane pytanie wyczeka na odpowiedź, lecz nie. To chyba nawet lepiej, że ta odpowiedź była jednosłowna. Na końcu tego, co usłyszał, nawet cicho się zaśmiał, przysłaniając usta palcami. Gest wyuczony - można powiedzieć, że kurtuazją, ale bardziej czymś innym. Czymś gorszym. Czymś... bardzo podobnym do wilka, co przywdział się w biel. - Dziękuję. Cieszę się, bardzo się cieszę, że mieliśmy się okazję tam spotkać. Spędzić nieco czasu. - Rozluźnił się, rozgonił niepokój na cztery strony świata. Miał jeszcze kolejne cztery, żeby coś tam upchnąć i niemało miejsca pomiędzy tym. Róża wiatrów jak na razie im sprzyjała. Chyba ugłaskana była jak Laurent prezentem, który spoczywał w pięknym pudełeczku pod bladymi palcami. Dobrze było odetchnąć, bo nadal nie czuł się... w pełni sił po całym Windermere. I tym bardziej po tym, co wydarzyło się w nocy po niej.
Próżność była bardzo brzydką cechą - i doskonale wpasowywała się w istotę selkie siedzącej na tym fotelu. Zatrzymał swój paznokieć przesuwający się po pudełku wiedząc aż za dobrze, że nie powinien tego robić, tego mówić, rzucać takich haseł. Już dostał nauczkę, bardzo świeżą. W zasadzie to nawet niejedną na przestrzeni ostatniego miesiąca. Nie było takiego licznika, który mógłby to wszystko zatrzymać. Ani nie było możliwości, żeby tę próżność zaspokoić - tak mu się przynajmniej wydawało.
Spójrzcie, ile przyjął już Ocean. Nadal głodny był ofiar i wiecznie niezaspokojony.
- Pochlebiasz mi. - Brakowało tylko rumieńca na jego policzkach, kiedy tak nieśmiało opuścił spojrzenie z tym delikatnym uśmiechem. W końcu otworzył wieko. Przesunął palcami po perłach, które odbiły się w jego błyszczących oczach, kiedy je zobaczył. Próżność - oto ona. Wychwalanie wielości uczuć, ale brak zdolności do odkochania się w perłach, diamentach i jadeicie. Powstrzymywał się przed przebieraniem niecierpliwie nogami - zachował fason i klasę, kiedy wyciągnął delikatnie naszyjnik na swoje dłonie, by obejrzeć je w świetle pokoju. - Bardzo. - ...pochlebiasz. Chciał powiedzieć, że nie może ich przyjąć, albo raczej - nie powinien. Ale nie potrafił. Chciał je założyć. Spojrzał w końcu na Perseusa. - Mogę cię prosić? - Usiadł bokiem i wysunął naszyjnik w kierunku czarnowłosego. Dotknij płynnego złota.
Niektóre modlitwy jednak zostają wysłuchane. Nawet jeśli kierujemy je do nieistniejących bogów.