30.12.2024, 00:47 ✶
Kolejna jazda bez trzymanki skondensowana w chwili, jaką dało się przyrównać do rozmiaru jednej kropli wody. I znów wszystko zadziałało niemal dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Może innymi słowami, innymi ścieżkami, ale doszedł dokładnie do tego miejsca, w którym chciał się znaleźć. Dając mu przestrzeń na oddech, jednocześnie pomagając otrzeć łzę, lub przynajmniej przesuwając szorstkimi palcami po tych jego. Z jednej strony wiedział, że to co robił Laurent również mogło być przynajmniej po części jakimś kłamstewkiem, a nie najprawdziwszą z prawd, z drugiej... Nawet jeżeli... Skłamałby mówiąc, że mu się to nie podoba. Szybkie wpadanie w swoje sidła i narastająca dwustronna obsesja. Chęć posiadania go na własność tak silna, że człowiek zaczynał łgać, manipulować, wodzić go za nos. Wiedział dobrze, że niezależnie od tego co kto o tym mówił, to koniec jego relacji z bratem wcale nie miał swojego fundamentu w jego agresji. Nawet wtedy, leżąc w tym cholernym łóżku i zachowując się jakby zakwitnięcie czegoś romantycznego pomiędzy nim i Laurentem było najgorszym możliwym scenariuszem, bo był obiecany komuś innemu, w rzeczywistości bardzo, ale to bardzo tego chciał. Nie lubił o tym myśleć, bo to był kolejny gwóźdź w jego samoocenę - potwierdzenie jego podłości i samolubności, nierównych zasad wobec siebie i innych, oszukiwania samego siebie na tak wielu płaszczyznach, że się już w tym gubił.
Ale miał go tutaj. Dla siebie. Już drugi dzień. Miał wymknąć się na moment i nie dało się nic z tym zrobić, bo nie zamknie go przecież pod szklanym kloszem. Jeżeli chciał go mieć to musiał dać mu żyć i oddychać. Musiał dać mu też jasny sygnał do tego, że miał prawo i przestrzeń do wyznaczania pewnych granic i budowania tej relacji na czymś innym niż z mężczyznami, których wspominał. I to wszystko w akompaniamencie tego, że absolutnie nie potrafiłby podchodzić do tego spokojnie, z wyczuciem, dając drugiej osobie wyczuwać się bez żadnych deklaracji.
Gdyby ta historia była dramatem, właśnie domknąłby się któryś z aktów. I Crow chociaż czuł się ze sobą okropnie, czuł się też jego zwycięzcą.
No, może pomijając widmo przejażdżki konnej. Nigdy w tej miejscowości nie był i nie zamierzał ryzykować rozszczepieniem, jednocześnie nawet ktoś nieobeznany w temacie zorientowałby się, że mężczyzna nie miał ręki do zwierząt. Nie bał się ich, co dawało mu przewagę nad osobami wiecznie zestresowanymi ich towarzystwem, ale nie posiadał wyczucia i nie potrafił ich kontrolować. Wynikało to z braku zainteresowania tworzeniem z nich jakiejkolwiek więzi - nie nienawidził ich, ale widział bardzo wyraźną linię pomiędzy nimi i ludźmi i posiadał bardzo głęboką preferencję. Mizianie kota za uchem było przyjemne, ale posiadałby kota tylko gdyby jego dziecko chciało mieć kota. Konia jako opcji transportu nie wybrałby z własnej woli nigdy i otwarcie, gdyby tylko istniała taka możliwość, wybrałby metro, auto, rower lub inną formę mugolskiego transportu publicznego. Nie należał jednak do osób upartych i niepotrafiących dostosować się do sytuacji - towarzyszył więc Prewettowi w czymkolwiek ten wymyślił i nie robił zbędnych scen. Akceptacja zastanego i płynięcie z prądem cudzych decyzji przychodziło mu bardzo swobodnie, o ile nie narzucały one zmian jakie miał nanieść na swoje zachowanie i poglądy
Znalazł się wreszcie w miejscu docelowym i jak to on zaczął sobie wyobrażać rzeczy. Mniej i bardziej trafne. Momentami pasowały do Laurenta jak pięść do gęby, ale tworzyły całkiem dobrą przykrywkę jeżeli chciał mieszkać blisko mugoli. Ale to przecież nie była opowieść o tworzeniu przykrywek i wybiegania myślami gdzieś daleko hen poza temat.
- Za daleko żebym się tam teleportował - zauważył rozsądnie, bo możliwość zapewnienia mu bezpieczeństwa była istotna. Delikatnie zacisnął swoje palce na jego dłoni, nieznacznie przekręcając też znajdujący się na niej sprezentowany pierścionek. - Ale jaki ładny pomysł na wakacje jeżeli nikt ma nam nie przeszkadzać.
On również nie czuł się do końca kimś kompetentnym... I nie, nie widział jaką dokładnie rolę przyjmował. Ale przyjmie ją. A jeżeli zawiedzie, nie pozostawi spędzonych ze sobą chwil bezwartościowymi.
- Czyli zamierzasz zapraszać tutaj ludzi w sprawach biznesowych? - Skoro biuro... - Dlaczego nie wykorzystasz do tego poprzedniego lokum?
Chciał wiedzieć więcej. O wiele więcej. Zamierzał zadać za moment kilka w swojej opinii trafnych pytań, ale zaczął od tego mniej precyzyjnego, które nasunęło mu się dopiero teraz.
- Czyli chcesz żebym wykopał ci tunel.
Wyglądał jakby powiedział to do samego siebie. Zapatrzył się w ziemię, na której stali. Myślał o wodzie i o piasku. O trudnościach z jakimi trzeba było poradzić sobie żeby spełnić taką zachciankę.
Ale miał go tutaj. Dla siebie. Już drugi dzień. Miał wymknąć się na moment i nie dało się nic z tym zrobić, bo nie zamknie go przecież pod szklanym kloszem. Jeżeli chciał go mieć to musiał dać mu żyć i oddychać. Musiał dać mu też jasny sygnał do tego, że miał prawo i przestrzeń do wyznaczania pewnych granic i budowania tej relacji na czymś innym niż z mężczyznami, których wspominał. I to wszystko w akompaniamencie tego, że absolutnie nie potrafiłby podchodzić do tego spokojnie, z wyczuciem, dając drugiej osobie wyczuwać się bez żadnych deklaracji.
Gdyby ta historia była dramatem, właśnie domknąłby się któryś z aktów. I Crow chociaż czuł się ze sobą okropnie, czuł się też jego zwycięzcą.
No, może pomijając widmo przejażdżki konnej. Nigdy w tej miejscowości nie był i nie zamierzał ryzykować rozszczepieniem, jednocześnie nawet ktoś nieobeznany w temacie zorientowałby się, że mężczyzna nie miał ręki do zwierząt. Nie bał się ich, co dawało mu przewagę nad osobami wiecznie zestresowanymi ich towarzystwem, ale nie posiadał wyczucia i nie potrafił ich kontrolować. Wynikało to z braku zainteresowania tworzeniem z nich jakiejkolwiek więzi - nie nienawidził ich, ale widział bardzo wyraźną linię pomiędzy nimi i ludźmi i posiadał bardzo głęboką preferencję. Mizianie kota za uchem było przyjemne, ale posiadałby kota tylko gdyby jego dziecko chciało mieć kota. Konia jako opcji transportu nie wybrałby z własnej woli nigdy i otwarcie, gdyby tylko istniała taka możliwość, wybrałby metro, auto, rower lub inną formę mugolskiego transportu publicznego. Nie należał jednak do osób upartych i niepotrafiących dostosować się do sytuacji - towarzyszył więc Prewettowi w czymkolwiek ten wymyślił i nie robił zbędnych scen. Akceptacja zastanego i płynięcie z prądem cudzych decyzji przychodziło mu bardzo swobodnie, o ile nie narzucały one zmian jakie miał nanieść na swoje zachowanie i poglądy
Znalazł się wreszcie w miejscu docelowym i jak to on zaczął sobie wyobrażać rzeczy. Mniej i bardziej trafne. Momentami pasowały do Laurenta jak pięść do gęby, ale tworzyły całkiem dobrą przykrywkę jeżeli chciał mieszkać blisko mugoli. Ale to przecież nie była opowieść o tworzeniu przykrywek i wybiegania myślami gdzieś daleko hen poza temat.
- Za daleko żebym się tam teleportował - zauważył rozsądnie, bo możliwość zapewnienia mu bezpieczeństwa była istotna. Delikatnie zacisnął swoje palce na jego dłoni, nieznacznie przekręcając też znajdujący się na niej sprezentowany pierścionek. - Ale jaki ładny pomysł na wakacje jeżeli nikt ma nam nie przeszkadzać.
On również nie czuł się do końca kimś kompetentnym... I nie, nie widział jaką dokładnie rolę przyjmował. Ale przyjmie ją. A jeżeli zawiedzie, nie pozostawi spędzonych ze sobą chwil bezwartościowymi.
- Czyli zamierzasz zapraszać tutaj ludzi w sprawach biznesowych? - Skoro biuro... - Dlaczego nie wykorzystasz do tego poprzedniego lokum?
Chciał wiedzieć więcej. O wiele więcej. Zamierzał zadać za moment kilka w swojej opinii trafnych pytań, ale zaczął od tego mniej precyzyjnego, które nasunęło mu się dopiero teraz.
- Czyli chcesz żebym wykopał ci tunel.
Wyglądał jakby powiedział to do samego siebie. Zapatrzył się w ziemię, na której stali. Myślał o wodzie i o piasku. O trudnościach z jakimi trzeba było poradzić sobie żeby spełnić taką zachciankę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.