30.12.2024, 00:41 ✶
Oczywiście, że musiała wyjść z nim z namiotu.
Krwawił z nosa, a to oznaczało, że mógł poczuć się gorzej, to z kolei oznaczało, że nie było mowy, żeby Brenna puściła go samego, by zemdlał gdzieś tam na krawędzi placu. Takie wyjaśnienia mogłyby go jednak wprawić w zakłopotanie, nawet jeśli nie puściłaby w takim stanie samego absolutnie nikogo… no dobrze, może poza Stanleyem Borginem… Brenna więc uciekła się do innych, nie mniej prawdziwych.
– Dziwna data, pamiętasz? – spytała, wybierając z dna pudełka popcornu, wielkiego jak wiaderko, a więc w sam raz na jej potrzeby, garść prażonej kukurydzy. – Jeśli nie poszłabym za tobą to… nie wiem, ale na pewno coś. Na przykład uciekłyby im lwy, pogoniłyby prosto na mnie i w ucieczce przed nimi i tak wpadłabym na ciebie, więc prościej było po prostu pójść za tobą, prawda? Ja się już nie kłócę z wyrokami przeznaczenia albo klątw, albo obu na raz. Uległam presji. A poza tym byłam ci winna za kupon na popcorn.
Bo oczywiście, że wcale się tutaj nie umówili. Brenna miała zabrać na te występy Mabel, ale dziewczynka się pochorowała, w związku z czym musiała zostać w łóżku, a panna Longbottom obiecała jej solennie, że za to za dwa tygodnie wybiorą się do Teatru Selwynów na przedstawienie dla dzieci, a poza tym pójdzie do tego cyrku sama i jeśli tylko będą sprzedawać baloniki, kupi jej największy balonik, jaki znajdzie. Najlepiej z hipogryfem. W duchu uznała, że może dobrze się złożyło, gdy zerknęła w kalendarz i przypomniała sobie, że to rocznica jej spotkania z Basiliusem i Franceską, i że chociaż data jest trochę mniej głupia niż rok temu, nie powinna czuć się bezpiecznie.
Nie była ani trochę zdziwiona, kiedy pojawiła się na miejscu i odkryła, że miejsce obok zajmuje Prewett.
– Może powinniśmy w jakiś piątek trzynastego zrobić eksperyment? Wiesz, każde z nas zaplanuje wycieczkę za granicę, nie powiemy sobie nawzajem, do jakiego kraju i miasta się wybieramy, i zobaczymy, czy wybraliśmy to samo… albo czy okaże się, że coś się zepsuło w transporcie i tak trafimy do tej samej lokacji – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. Brenna mówiła takim tonem, że ciężko było odgadnąć, czy jest w tej propozycji poważna, czy tylko sobie żartuje.
Odwróciła się do Basiliusa, zmierzyła go spojrzeniem, upewniając się, że nie widać już krwi (nie było widać), że nie jest blady (był, ale to nie była ta niemalże wampirza bladość, więc mieściło się w granicach normy), i że ogólnie nie wygląda, jakby zamierzał zaraz zemdleć, a potem uśmiechnęła się do niego lekko, chociaż nie jakoś bardzo wesoło, bo ta sugestia… no trafiała w jej ręki.
– Odpukaj w niemalowane. Ostatnie czego potrzebuję, to żeby się martwić, że ktoś ucierpiał przez moją klątwę.
Krwawił z nosa, a to oznaczało, że mógł poczuć się gorzej, to z kolei oznaczało, że nie było mowy, żeby Brenna puściła go samego, by zemdlał gdzieś tam na krawędzi placu. Takie wyjaśnienia mogłyby go jednak wprawić w zakłopotanie, nawet jeśli nie puściłaby w takim stanie samego absolutnie nikogo… no dobrze, może poza Stanleyem Borginem… Brenna więc uciekła się do innych, nie mniej prawdziwych.
– Dziwna data, pamiętasz? – spytała, wybierając z dna pudełka popcornu, wielkiego jak wiaderko, a więc w sam raz na jej potrzeby, garść prażonej kukurydzy. – Jeśli nie poszłabym za tobą to… nie wiem, ale na pewno coś. Na przykład uciekłyby im lwy, pogoniłyby prosto na mnie i w ucieczce przed nimi i tak wpadłabym na ciebie, więc prościej było po prostu pójść za tobą, prawda? Ja się już nie kłócę z wyrokami przeznaczenia albo klątw, albo obu na raz. Uległam presji. A poza tym byłam ci winna za kupon na popcorn.
Bo oczywiście, że wcale się tutaj nie umówili. Brenna miała zabrać na te występy Mabel, ale dziewczynka się pochorowała, w związku z czym musiała zostać w łóżku, a panna Longbottom obiecała jej solennie, że za to za dwa tygodnie wybiorą się do Teatru Selwynów na przedstawienie dla dzieci, a poza tym pójdzie do tego cyrku sama i jeśli tylko będą sprzedawać baloniki, kupi jej największy balonik, jaki znajdzie. Najlepiej z hipogryfem. W duchu uznała, że może dobrze się złożyło, gdy zerknęła w kalendarz i przypomniała sobie, że to rocznica jej spotkania z Basiliusem i Franceską, i że chociaż data jest trochę mniej głupia niż rok temu, nie powinna czuć się bezpiecznie.
Nie była ani trochę zdziwiona, kiedy pojawiła się na miejscu i odkryła, że miejsce obok zajmuje Prewett.
– Może powinniśmy w jakiś piątek trzynastego zrobić eksperyment? Wiesz, każde z nas zaplanuje wycieczkę za granicę, nie powiemy sobie nawzajem, do jakiego kraju i miasta się wybieramy, i zobaczymy, czy wybraliśmy to samo… albo czy okaże się, że coś się zepsuło w transporcie i tak trafimy do tej samej lokacji – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. Brenna mówiła takim tonem, że ciężko było odgadnąć, czy jest w tej propozycji poważna, czy tylko sobie żartuje.
Odwróciła się do Basiliusa, zmierzyła go spojrzeniem, upewniając się, że nie widać już krwi (nie było widać), że nie jest blady (był, ale to nie była ta niemalże wampirza bladość, więc mieściło się w granicach normy), i że ogólnie nie wygląda, jakby zamierzał zaraz zemdleć, a potem uśmiechnęła się do niego lekko, chociaż nie jakoś bardzo wesoło, bo ta sugestia… no trafiała w jej ręki.
– Odpukaj w niemalowane. Ostatnie czego potrzebuję, to żeby się martwić, że ktoś ucierpiał przez moją klątwę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.