31.12.2024, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.12.2024, 00:27 przez Alexander Mulciber.)
Nie było sensu dłużej odwlekać rozmowy z Agnes Delacour, która wykorzystała dzisiejsze przyjęcie – wykorzystała ciebie, ty głupcze, pomyślał gorzko Mulciber, obrzydzony farsą, jaką przyszło mu odegrać – aby zamanifestować swoje poparcie dla ofiar magirasizmu. Nie mógł jej odmówić. Nie na oczach tych wszystkich ludzi śledzących każdy jego ruch, każde drgnięcie rąk, każdy bolesny kurcz mięśni twarzy, skrzywionej w wymuszonym uśmiechu. "Te brawa nie należą się mnie, tylko Agnes", papugował w myślach sam siebie, łapiąc się na tym, że kolejny raz z niesmakiem wyciera usta wierzchem dłoni, po tym jak zmuszony był musnąć wargami wyciągniętą do ucałowania rękę tej starej raszpli. Widział chiromanckie linie zdobiące jej wnętrze. Wyczytał z nich wszystkie jej nadzieje i obawy... Tylko że nadzieje i obawy Agnes Delacour niczym nie różniły się od nadziei i obaw reszty ludzi, zgromadzonych wokół. Kurwa o złotym sercu, która na starość zapragnęła przeobrazić się z hazardzistki w filantropkę, pomyślał mściwie, bo postawiona przed pręgierzem czasu, uwierzyła, że jej bezinteresowna ofiara zmieni cokolwiek. Wszyscy w końcu zwracali się bowiem w stronę "wyższych ideałów", wierząc w to, że przeżyją ich przynajmniej własne idee... Że będą żyć wiecznie. Wierząc, że kiedy oddają życie w walce za idee, ocierają się o tę wieczność. Jak długo można bowiem bezmyślnie oddawać się uciechom natury materialnej, pomyślał ironicznie Mulciber, zatrzymawszy się na chwilę w korytarzu, tylko po to, aby zgasić w popielniczce wciąż jeszcze tlącego się papierosa, jak długo można grać, pić, ćpać, pieprzyć się, dopóki ciało nie odmówi posłuszeństwa? Jak długo można oszukiwać się, że to wszystko ma jakiekolwiek sens?
Wszyscy szukali sensu w świecie, który był go pozbawiony. Wszyscy tkwili w popieprzonej rekurencji istnienia, w tym błędnym kole, w które ktoś kiedyś wrysował człowieka, kreując antropocentryczny ideał świata, gdzie człowiek dzierżył władzę nad własnym przeznaczeniem. Tyle że człowiek, pomyślał poirytowany jasnowidz, zatrzaskując za sobą drzwi gabinetu Agnes Delacour, to tylko fatalna aberracja przeznaczenia. Wystarczyło spojrzeć wszystkich tych ludzi, zgromadzonych na wieczorku hazardowym.
Każdy z nich trwał w złudnym przeświadczeniu, że jest kimś, choć, tak naprawdę, każdy z nich był nikim.
Wszyscy ulegali złudzeniu, że ich działania mają jakieś znaczenie w obliczu trwającej wojny. Złudzeniu, że mogą zmienić bieg przeznaczenia. Złudzeniu, że mogą coś zmienić.
A to z Alexandra wiecznie śmiali się, że żyje złudzeniami.
Fundacja Mulciberów nie miała znaczenia. Fundacja Mulciberów nie też miała niczego zmienić. Fundacja Mulciberów została stworzona w jednym, prostym celu, jakim było podreperowanie fatalnej reputacji ich rodziny. Reputacji, która nigdy nie była najlepsza – nie po pierdolonym exodusie, jaki zafundował im Francis Mulciber, odchodząc z Ministerstwa Magii po tym, jak do władzy doszedł rząd Nobby'ego Leacha – nigdy jednak nie była tak zła, jak teraz. Po głośnym procesie Juliusa Mulcibera, zewsząd sypały się oskarżenia o magirasizm, o kolaborowanie ze Śmierciożercami, kalające dobre imię wszystkich... Tylko nie Alexandra Mulcibera.
Czyż nie było to uroczą ironią losu? Alexander Mulciber sam wystarczająco już pokazał swoje nazwisko, nie miał reputacji, którą można było zepsuć, a gdyby ktoś pokusiłby się oskarżyć go o działalność na rzecz Śmierciożerców... Zapewne zostałby wyśmiany. Alexander Mulciber był pierdolonym degeneratem, ćpuńskim, artystokratycznym chujkiem, który zamiast grzechów, wolał liczyć jednak karty w kasynie, bo o hazardzie – w przeciwieństwie do moralności – miał przynajmniej jakieś pojęcie.
Wiedział, co o nim mówili. Widział, jak patrzyli. Ćpun, który sklecił trzy zdania na krzyż i nazwał to przemową... Wypowiadał przepowiednie dłuższe niż to. Część zgromadzonych na wieczorku hazardowym ludzi po prostu się z niego śmiała. Część darzyła go pogardą, czuł na plecach ich nienawistne spojrzenia, kiedy opuszczał salę bankietową. Część zaś, miała go za kogoś niespełna rozumu, pozierając nań z troską, ze współczuciem niemal.
Nawet Agnes potraktowała go z czymś na kształt matczynej pobłażliwości, kiedy wszedł do jej gabinetu i odmówił przyjęcia hojnej darowizny, kładąc na biurku wcześniej wręczoną mu kopertę z kluczem do skrytki. Nie wiedział, ile razy padło z jego ust słowo "przepraszam", gdy tłumaczył, że od Lammas planują rozwiązać fundację – powstałą nie z jego inicjatywy, lecz z inicjatywy Roberta, który potrzebował patronatu kogoś powszechniej kojarzonego w świecie wyższych sfer – "to była jednorazowa akcja dobroczynna", twierdził Mulciber, "pokonały nas zawiłości prawne, być może kiedyś podejmiemy działania mające na celu reaktywację fundacji, ale w tym celu ja muszę zdobyć większe doświadczenie w dziedzinie prawa finansowego, a Robert – podreperować zdrowie." Choć kobieta wyraźnie zaniepokoiła się sytuacją, wypytując raz po raz o powód stojący za nagłą zmianą decyzji, poddała się, kiedy nie zdołała wyciągnąć nic sensownego z Alexandra.
"Przecież robimy to dla idei", rzuciła na odchodnym Agnes, zatrzymując go na chwilę w drzwiach. Ale Mulciber tylko popatrzył na nią bez zrozumienia w oczach, po czym odszedł, zdusiwszy w sobie chęć parsknięcia śmiechem. Robimy to dla idei... Idei, która Alexandrowi była obojętna, a może nawet i obmierzła, choćby przez sam fakt, że ta przeklęta fundacja nosiła imię jego brata.
Nienawidził Donalda. Starszy brat był jedynym człowiekiem, jakiego się kiedykolwiek bał, jedynym człowiekiem, który potrafił zmusić go do posłuszeństwa samym tylko spojrzeniem. Diabeł z talii tarota Alexandra miał twarz jego brata. Nosił teraz jego sygnet na palcu, bawił się nim, zastanawiając się, czy gdyby przegrał go w karty, pozbyłby się nieznośnego ciężaru odpowiedzialności ze swych barków. Nie, zdecydował, to moje trofeum, wygrałem je, jest moje, co z tego, że walka była niehonorowa. Skoro wygrał, dlaczego czuł się tak jak gdyby przegrał życie?
Ogarnęły go znienacka takie mdłości, że aż musiał przytrzymać się ręką ściany. Wypił za dużo? Wypił za mało? "Te brawa należą się mojemu kuzynowi, Robertowi, który odpowiada za realizację całego przedsięwzięcia, i jest tu dzisiaj ze mną, razem z żoną i córką"... Tak, pomyślał nieprzytomnie, chwytając za klamkę do łazienki, należą ci się brawa, Robercie – za proklamowanie w moim imieniu tej szlachetnej inicjatywy, jaką jest fundacja Donalda Mulcibera – tak jak mnie należy za stryczek za zajebanie skurwiela. Jak myślisz, który z nas bardziej przysłużył się światu, Robercie?
Wszedł do spowitej w półmroku łazienki, sunąc ręką wzdłuż ściany wyłożonej białymi kafelkami, od których odbijało się zielonkawe światło lamp, sączące się spod staromodnych, mozaikowych kloszy. Niezdrowy blask bił od oczu Alexandra, od jego zapadniętej twarzy, która przez krótki moment – wtedy, gdy ich spojrzenia spotkały się w wymiarze lustra – przypominała trupią czaszkę.
Lorien.
Przez chwilę po prostu na nią patrzył, zastygły w bezruchu, jak gdyby najmniejsze choćby poruszenie miało spłoszyć jego ptaszynę ze złamanym skrzydłem.
Często śnił o ptakach. W jego snach, ptaki śpiewały przedziwne melodie, przejmujące pięknem, którego po przebudzeniu nigdy nie potrafił opisać słowami – nigdy zresztą nie próbował – opisywać znaczyło ograniczać, a ptaki, szybujące na wietrze, nie znały ograniczeń. Pliszki wedle cygańskich podań przynosiły szczęście, ale dawno już żadna nie zagnieździła się pośród jego snów: znajdował je zmarznięte w gniazdach pośród wrzosowisk. Nie słyszał, jak umierały. Śnił o czarnych skrzydłach kruków, tak czarnych jak jego myśli, zagłuszane przez ochrypły skrzek wron. Czasem pozwalam im wydziobywać sobie oczy, chciał wyznać, dotknąć jej twarzy, czasem pozwalam sobie nawet wierzyć, że to coś zmieni, pomyślał, a jego dłoń drgnęła nieznacznie, jak gdyby miał ją unieść, rozmazać spływającą po policzku Lorien krew, gorącą krew – przeklętą krew – a jednak nie uniósł jej, nie ruszył się z miejsca, patrząc w ptasie oczy, które śledziły go czasem w snach. Wilgowron.
Wilgowron także nawiedzał jego sny. Śpiewał pieśń o duchu dziewczyny, który snuł się pośród ruin twierdzy na Morzu Północnym. Martwa dziewczyna na martwym morzu, zamknięta wokół martwych murów. Alexander nie obawiał się martwych. Obawiał się tych, którzy z martwych powstawali, aby nawiedzać żywych. Obawiał się duchów. Zapomniane przez bogów i ludzi, skazane na wieczne błądzenie się po ziemi – skowyczały z bólu, w swych niematerialnych, fatalnie zdeformowanych ciałach – ofiary cygańskich klątw tak straszliwych, że nawet śmierć nie potrafiła ich przełamać. Podobne były dzikim zwierzętom, w tym jak błąkały się, zranione – zawodząc dziko w swych własnych szaleńczych językach – szukając spokojnego miejsca, gdzie mogłyby wydać ostatnie tchnienie. Miejsca, gdzie mogłyby po prostu zdechnąć.
Ale ona, choć była duchem, była inna. Zawsze śpiewała, zawsze tańczyła. Echo jej kroków odbijało się od zniszczonych przez czas murów, które napierały na niego w koszmarach, więżąc go w swych dusznych podwojach. W tych snach był jednak wiatrem, hulającym po pustych korytarzach. Wolny jak wiatr unosił jej loki, piosenki i ptasie pióra, które sypały się z wirującej w tańcu spódnicy. Zawsze śpiewał, zawsze tańczył.
– Lorien.
Imiona miały moc. Wypowiedział jej imię jak zaklęcie. Spłynęło z jego ust miękką inkantacją, bezbarwny ton pokolorowany uczuciem, które tak rzadko gościło w głosie Alexandra. Wciąż był to jednak ton jasnowidza. Jasnowidza z błędnym spojrzeniem, któremu aż zadrgała szczęka, gdy zacisnął nagle zęby, próbując odzyskać rezon. "Pomyśl, że to sen", zaczął na przyjęciu swoją przemowę, "tak od wieków brzmi motto naszej rodziny. Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie." Tylko że nie było lepszego świata, pomyślał, przysuwając się bliżej Lorien, a oni nie mogli się obudzić, bo nie spali. Nie spali, choć niedługo miało już świtać.
– Nie tak otwiera się trzecie oko.
Wszyscy szukali sensu w świecie, który był go pozbawiony. Wszyscy tkwili w popieprzonej rekurencji istnienia, w tym błędnym kole, w które ktoś kiedyś wrysował człowieka, kreując antropocentryczny ideał świata, gdzie człowiek dzierżył władzę nad własnym przeznaczeniem. Tyle że człowiek, pomyślał poirytowany jasnowidz, zatrzaskując za sobą drzwi gabinetu Agnes Delacour, to tylko fatalna aberracja przeznaczenia. Wystarczyło spojrzeć wszystkich tych ludzi, zgromadzonych na wieczorku hazardowym.
Każdy z nich trwał w złudnym przeświadczeniu, że jest kimś, choć, tak naprawdę, każdy z nich był nikim.
Wszyscy ulegali złudzeniu, że ich działania mają jakieś znaczenie w obliczu trwającej wojny. Złudzeniu, że mogą zmienić bieg przeznaczenia. Złudzeniu, że mogą coś zmienić.
A to z Alexandra wiecznie śmiali się, że żyje złudzeniami.
Fundacja Mulciberów nie miała znaczenia. Fundacja Mulciberów nie też miała niczego zmienić. Fundacja Mulciberów została stworzona w jednym, prostym celu, jakim było podreperowanie fatalnej reputacji ich rodziny. Reputacji, która nigdy nie była najlepsza – nie po pierdolonym exodusie, jaki zafundował im Francis Mulciber, odchodząc z Ministerstwa Magii po tym, jak do władzy doszedł rząd Nobby'ego Leacha – nigdy jednak nie była tak zła, jak teraz. Po głośnym procesie Juliusa Mulcibera, zewsząd sypały się oskarżenia o magirasizm, o kolaborowanie ze Śmierciożercami, kalające dobre imię wszystkich... Tylko nie Alexandra Mulcibera.
Czyż nie było to uroczą ironią losu? Alexander Mulciber sam wystarczająco już pokazał swoje nazwisko, nie miał reputacji, którą można było zepsuć, a gdyby ktoś pokusiłby się oskarżyć go o działalność na rzecz Śmierciożerców... Zapewne zostałby wyśmiany. Alexander Mulciber był pierdolonym degeneratem, ćpuńskim, artystokratycznym chujkiem, który zamiast grzechów, wolał liczyć jednak karty w kasynie, bo o hazardzie – w przeciwieństwie do moralności – miał przynajmniej jakieś pojęcie.
Wiedział, co o nim mówili. Widział, jak patrzyli. Ćpun, który sklecił trzy zdania na krzyż i nazwał to przemową... Wypowiadał przepowiednie dłuższe niż to. Część zgromadzonych na wieczorku hazardowym ludzi po prostu się z niego śmiała. Część darzyła go pogardą, czuł na plecach ich nienawistne spojrzenia, kiedy opuszczał salę bankietową. Część zaś, miała go za kogoś niespełna rozumu, pozierając nań z troską, ze współczuciem niemal.
Nawet Agnes potraktowała go z czymś na kształt matczynej pobłażliwości, kiedy wszedł do jej gabinetu i odmówił przyjęcia hojnej darowizny, kładąc na biurku wcześniej wręczoną mu kopertę z kluczem do skrytki. Nie wiedział, ile razy padło z jego ust słowo "przepraszam", gdy tłumaczył, że od Lammas planują rozwiązać fundację – powstałą nie z jego inicjatywy, lecz z inicjatywy Roberta, który potrzebował patronatu kogoś powszechniej kojarzonego w świecie wyższych sfer – "to była jednorazowa akcja dobroczynna", twierdził Mulciber, "pokonały nas zawiłości prawne, być może kiedyś podejmiemy działania mające na celu reaktywację fundacji, ale w tym celu ja muszę zdobyć większe doświadczenie w dziedzinie prawa finansowego, a Robert – podreperować zdrowie." Choć kobieta wyraźnie zaniepokoiła się sytuacją, wypytując raz po raz o powód stojący za nagłą zmianą decyzji, poddała się, kiedy nie zdołała wyciągnąć nic sensownego z Alexandra.
charyzma (jak Agnes Delacour go po tym zapamięta pewnie chujowo)
Rzut O 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 45
Akcja nieudana
Akcja nieudana
"Przecież robimy to dla idei", rzuciła na odchodnym Agnes, zatrzymując go na chwilę w drzwiach. Ale Mulciber tylko popatrzył na nią bez zrozumienia w oczach, po czym odszedł, zdusiwszy w sobie chęć parsknięcia śmiechem. Robimy to dla idei... Idei, która Alexandrowi była obojętna, a może nawet i obmierzła, choćby przez sam fakt, że ta przeklęta fundacja nosiła imię jego brata.
Nienawidził Donalda. Starszy brat był jedynym człowiekiem, jakiego się kiedykolwiek bał, jedynym człowiekiem, który potrafił zmusić go do posłuszeństwa samym tylko spojrzeniem. Diabeł z talii tarota Alexandra miał twarz jego brata. Nosił teraz jego sygnet na palcu, bawił się nim, zastanawiając się, czy gdyby przegrał go w karty, pozbyłby się nieznośnego ciężaru odpowiedzialności ze swych barków. Nie, zdecydował, to moje trofeum, wygrałem je, jest moje, co z tego, że walka była niehonorowa. Skoro wygrał, dlaczego czuł się tak jak gdyby przegrał życie?
Ogarnęły go znienacka takie mdłości, że aż musiał przytrzymać się ręką ściany. Wypił za dużo? Wypił za mało? "Te brawa należą się mojemu kuzynowi, Robertowi, który odpowiada za realizację całego przedsięwzięcia, i jest tu dzisiaj ze mną, razem z żoną i córką"... Tak, pomyślał nieprzytomnie, chwytając za klamkę do łazienki, należą ci się brawa, Robercie – za proklamowanie w moim imieniu tej szlachetnej inicjatywy, jaką jest fundacja Donalda Mulcibera – tak jak mnie należy za stryczek za zajebanie skurwiela. Jak myślisz, który z nas bardziej przysłużył się światu, Robercie?
Wszedł do spowitej w półmroku łazienki, sunąc ręką wzdłuż ściany wyłożonej białymi kafelkami, od których odbijało się zielonkawe światło lamp, sączące się spod staromodnych, mozaikowych kloszy. Niezdrowy blask bił od oczu Alexandra, od jego zapadniętej twarzy, która przez krótki moment – wtedy, gdy ich spojrzenia spotkały się w wymiarze lustra – przypominała trupią czaszkę.
Lorien.
Przez chwilę po prostu na nią patrzył, zastygły w bezruchu, jak gdyby najmniejsze choćby poruszenie miało spłoszyć jego ptaszynę ze złamanym skrzydłem.
Często śnił o ptakach. W jego snach, ptaki śpiewały przedziwne melodie, przejmujące pięknem, którego po przebudzeniu nigdy nie potrafił opisać słowami – nigdy zresztą nie próbował – opisywać znaczyło ograniczać, a ptaki, szybujące na wietrze, nie znały ograniczeń. Pliszki wedle cygańskich podań przynosiły szczęście, ale dawno już żadna nie zagnieździła się pośród jego snów: znajdował je zmarznięte w gniazdach pośród wrzosowisk. Nie słyszał, jak umierały. Śnił o czarnych skrzydłach kruków, tak czarnych jak jego myśli, zagłuszane przez ochrypły skrzek wron. Czasem pozwalam im wydziobywać sobie oczy, chciał wyznać, dotknąć jej twarzy, czasem pozwalam sobie nawet wierzyć, że to coś zmieni, pomyślał, a jego dłoń drgnęła nieznacznie, jak gdyby miał ją unieść, rozmazać spływającą po policzku Lorien krew, gorącą krew – przeklętą krew – a jednak nie uniósł jej, nie ruszył się z miejsca, patrząc w ptasie oczy, które śledziły go czasem w snach. Wilgowron.
Wilgowron także nawiedzał jego sny. Śpiewał pieśń o duchu dziewczyny, który snuł się pośród ruin twierdzy na Morzu Północnym. Martwa dziewczyna na martwym morzu, zamknięta wokół martwych murów. Alexander nie obawiał się martwych. Obawiał się tych, którzy z martwych powstawali, aby nawiedzać żywych. Obawiał się duchów. Zapomniane przez bogów i ludzi, skazane na wieczne błądzenie się po ziemi – skowyczały z bólu, w swych niematerialnych, fatalnie zdeformowanych ciałach – ofiary cygańskich klątw tak straszliwych, że nawet śmierć nie potrafiła ich przełamać. Podobne były dzikim zwierzętom, w tym jak błąkały się, zranione – zawodząc dziko w swych własnych szaleńczych językach – szukając spokojnego miejsca, gdzie mogłyby wydać ostatnie tchnienie. Miejsca, gdzie mogłyby po prostu zdechnąć.
Ale ona, choć była duchem, była inna. Zawsze śpiewała, zawsze tańczyła. Echo jej kroków odbijało się od zniszczonych przez czas murów, które napierały na niego w koszmarach, więżąc go w swych dusznych podwojach. W tych snach był jednak wiatrem, hulającym po pustych korytarzach. Wolny jak wiatr unosił jej loki, piosenki i ptasie pióra, które sypały się z wirującej w tańcu spódnicy. Zawsze śpiewał, zawsze tańczył.
– Lorien.
Imiona miały moc. Wypowiedział jej imię jak zaklęcie. Spłynęło z jego ust miękką inkantacją, bezbarwny ton pokolorowany uczuciem, które tak rzadko gościło w głosie Alexandra. Wciąż był to jednak ton jasnowidza. Jasnowidza z błędnym spojrzeniem, któremu aż zadrgała szczęka, gdy zacisnął nagle zęby, próbując odzyskać rezon. "Pomyśl, że to sen", zaczął na przyjęciu swoją przemowę, "tak od wieków brzmi motto naszej rodziny. Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie." Tylko że nie było lepszego świata, pomyślał, przysuwając się bliżej Lorien, a oni nie mogli się obudzić, bo nie spali. Nie spali, choć niedługo miało już świtać.
– Nie tak otwiera się trzecie oko.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat