Czy zrządzenie losu miało na cokolwiek wpływ? Czy nie za bardzo podchodziło to pod wróżenie z fusów i losowanie zapałek, czyli rzeczy, które odrobinę rozsierdzały Borgina? W końcu czy to nie on dobierał sobie ludzi, więc sam był winny tego co go spotykało w życiu?
Nie mógł zrzucić całej winy na zły świat, los czy kogokolwiek innego. Tak to nie działało i nie należało doszukiwać się winy w innych, a w sobie. Na pewno musiał mieć jakiś wkład w śmierć Roberta. Nie był bez winy. Zdążył mu podnieść nie raz ciśnienia podczas ich krótkiej ale jakże wyboistej znajomości. Ich jakże dziwnej relacji ojciec-syn, chociaż było to wielkim przerostem formy nad treścią i każdy mógł się z tym zgodzić.
- Ja chyba po prostu... zacząłem się przyzwyczajać, że on jest... - dodał cicho pod nosem jako swój komentarz do słów Changówny. Mogło to zabrzmieć jakby był zbitym psem, bo właśnie dostał solidny opiernicz od własnej rodzicielki i próbował się z wytłumaczyć ze swojego postępowania - bardzo nieporadnie i źle. Nic jednak nie mógł na to poradzić w zaistniałej sytuacji.
Nie pozostało mu nic innego jak po prostu słuchać dalej Maeve i jakoś przetrwać. Jej sama obecność wpływała kojąco na Stanley w jakiś sposób. Najpewniej chodziło o to, że nie był sam w tej dziwnej i zawiłej chwili. Liczyło się, że ktoś bliski był tuż obok.
- Bo... - nie było mu jednak dane dokończyć, ponieważ kolejne czyny sprawiły, że go zamurowało.
To było... miłe? Wzięło go całkowicie z zaskoczenia... że Mewka... i coś takiego?
Nie oporował. Nie bronił się. Przechylił głowę na bok, pozwalając jej, aby zrobiła to, co chciała zrobić - przytulić go.
Jakoś tak go to rozczuliło, że zbliżył się niebezpiecznie do krawędzi zwanej płaczem, co było wielkim osiągnięciem, wszak Stanley Borgin nie okazywał zbyt wiele emocji po śmierci Anne - starał się to robić na tyle na ile mógł... ale i on mógł mieć czasem dość... prawda?
Nie bardzo potrafił wytłumaczyć taki stan rzeczy. Może był fakt, że była to Maeve? A może to, że była dzisiaj jakaś taka... inna? Była tą wersją Changówny, której chyba do tej pory nie znał i nie miał możliwości uświadczyć. Prawda była tez jeszcze jedna - 28 sierpnia 1972 roku - to była data, która wpłynęła zarówno na Stanleya Borgina jak i Maeve Chang. Dało się to zauważyć i odczuć. Zarówno jedno jak i drugie, nie było po prostu sobą w tej chwili. Wyglądało to jakby byli ekskluzywnymi wersjami siebie, które nie miały ujrzeć światła dziennego. Coś jak przysięga złożona na mały palec, że nikomu o tym nie powiedzą, bo przecież żyli w świecie gdzie musieli być twardzi. Nie było tutaj miejsca na miękką grę. Nie było miejsca na pokazywanie słabości. Nie było na to miejsca na Nokturnie.
- Ja... - zaczął, próbując to ubrać jakoś w słowa, bo nie wiedział jak miałby się wyrazić, aby zostać dobrze zrozumianym - Dziękuje, że jesteś - przyznał spokojnie - Doceniam... Naprawdę - zapewnił. Nie miało znaczenia co wcześniej mówiła czy pisała. Czy wiedziała, że chodzi o Roberta czy też nie. Odkupiła swoje winy - było oparciem, plastrem, który w odpowiedniej chwili zakleił ranę, tak aby ta nie zdążyła zacząć się jeszcze jątrzyć.
Zamilkł na chwilę, spoczywając głową na swojej siostrze, przyjaciółce, wspólniczce... Bez znaczenia. Całkowicie zasługiwała na któreś z wcześniej wymienionych określeń, jeżeli nie na wszystkie na raz.
- To... nie moja wina? - zapytał z pewną nutą nadziei w głosie, chcąc się upewnić, że rzeczywiście nie będzie miał dwójki własnych rodziców na swoim sumieniu... bo jedno z nich było wystarczającym ciężarem, który musiał nosić na swoich barkach.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972