31.12.2024, 02:55 ✶
Edge poklepał go po ramieniu i spróbował się uśmiechnąć na wyznanie o pragnieniu przeżycia spokojnych wakacji. Rozumiał to w pełni i sam ubolewał nad tym, że wolne dni, na które namówił Raziela okazały się taką katastrofą. Wyjazd był piękny, miał swoje dobre momenty, ale... no cóż, to co najgorsze łatwo zapadało w pamięć i wypierało nawet najmilsze momenty, jeżeli nie potrafiły przebić bycia świadkiem wesela zakończonego w tak absurdalnie okrutny sposób.
- Włochy nie są otoczone oceanem - rzucił nagle i od razu złapał się za usta w akompaniamencie głośnego plaśnięcia. Widać było, jak ze sobą walczy. Jak jego wredna osobowość, która Laurenta nieustannie krytykowała i zwracała mu uwagę na najdrobniejsze pierdoły, wciąż istnieje i ma się dobrze, ale jest zduszana przez głębokie pragnienie przypodobania mu się. To była kwestia czasu, aż znowu się do czegoś przysra, przecież go ręka świerzbiła, jak zobaczył tę cholerną sałatkę, ale serio? Pękł przez lazur oceanu? - Yh - stęknął. - Tak. Jeździłem po Wyspach - miał oczywiście na myśli Brytanię - i raz poza nimi. - W Paryżu. Nie chciał o tym mówić, bo był tam z Blackiem i naprawdę nie chciał tego wspominać po tym cholernym weselu i tych kwiatach, co je wyjebał przez okno w złości i do teraz topił się, jak na toksycznego zazdrośnika przystało, bo dobrze wiedział jak to wygląda - on się za to pieklił, a Laurent pewnie tego frajera złapał za rękę i dziękował mu i się na niego gapił tymi jasnymi oczkami jak... argh! - Ja... fajnie by było. - Chyba się za bardzo skupił na słowie pojechać zamiast na miejscu docelowym. Po pierwsze pojechać. Po drugie z tobą. Stał się na moment jakiś radośniejszy i jakby nabrał uwagi - tak, trochę jak pies, który słyszał swoje imię i podnosił łeb w oczekiwaniu na komendę.
Na dźwięk tego słucham? góra jego uszu pokryła się czerwienią.
- To dobrze.
Przytaknął głową i dopiero po chwili przypomniał sobie, że nikt tutaj nie czyta mu w myślach.
- Bo mnie wkurwiało, że każdy przyjeb zna twój adres.
A później zamarł i nieco rozdziabił paszczę. Miał jak zawsze plan. Zanotował go nawet w tym jebanym dzienniku. Plan kurwa sprytny. Że zagra coś tam na jego wyobraźni, że się pobawi, powie mu: no dawaj, wbij do środka i co widzisz, jaka przestrzeń wita twojego gościa? Gdzieś będąc już tutaj i słuchając, jego wywodów zaczął panikować. No bo biuro? Przyjmowanie tutaj gości? To na pewno nie wejście na salon tylko do biura, ale przecież chciał mu zrobić tę nieby-szklarnię, w której mógłby go pieprzyć w akompaniamencie deszczu i otoczeniu kwiatów w donicach. Gdyby na parterze było biuro, to głupio robić z biura przejście do tego. Na dachu tego nie zrobi. Jakby się wchodziło po schodach od razu na drugie piętro to za dużo schodów. Musiałaby być tu jakaś skarpa, czyli na dole po jednej stronie byłoby mniej okien. Przynajmniej można by się z tego wkopać w ziemię i zrobić mu ten tunel. No właśnie - tunel. Powód, dlaczego stał taki zdziwiony, no bo przecież...
- Co? - Puścił go, podrapał się po głowie w geście niezrozumienia. - Dlaczego miałoby nie być? Wystarczyłoby założyć jakieś Won na wyjście.
- Włochy nie są otoczone oceanem - rzucił nagle i od razu złapał się za usta w akompaniamencie głośnego plaśnięcia. Widać było, jak ze sobą walczy. Jak jego wredna osobowość, która Laurenta nieustannie krytykowała i zwracała mu uwagę na najdrobniejsze pierdoły, wciąż istnieje i ma się dobrze, ale jest zduszana przez głębokie pragnienie przypodobania mu się. To była kwestia czasu, aż znowu się do czegoś przysra, przecież go ręka świerzbiła, jak zobaczył tę cholerną sałatkę, ale serio? Pękł przez lazur oceanu? - Yh - stęknął. - Tak. Jeździłem po Wyspach - miał oczywiście na myśli Brytanię - i raz poza nimi. - W Paryżu. Nie chciał o tym mówić, bo był tam z Blackiem i naprawdę nie chciał tego wspominać po tym cholernym weselu i tych kwiatach, co je wyjebał przez okno w złości i do teraz topił się, jak na toksycznego zazdrośnika przystało, bo dobrze wiedział jak to wygląda - on się za to pieklił, a Laurent pewnie tego frajera złapał za rękę i dziękował mu i się na niego gapił tymi jasnymi oczkami jak... argh! - Ja... fajnie by było. - Chyba się za bardzo skupił na słowie pojechać zamiast na miejscu docelowym. Po pierwsze pojechać. Po drugie z tobą. Stał się na moment jakiś radośniejszy i jakby nabrał uwagi - tak, trochę jak pies, który słyszał swoje imię i podnosił łeb w oczekiwaniu na komendę.
Na dźwięk tego słucham? góra jego uszu pokryła się czerwienią.
- To dobrze.
Przytaknął głową i dopiero po chwili przypomniał sobie, że nikt tutaj nie czyta mu w myślach.
- Bo mnie wkurwiało, że każdy przyjeb zna twój adres.
A później zamarł i nieco rozdziabił paszczę. Miał jak zawsze plan. Zanotował go nawet w tym jebanym dzienniku. Plan kurwa sprytny. Że zagra coś tam na jego wyobraźni, że się pobawi, powie mu: no dawaj, wbij do środka i co widzisz, jaka przestrzeń wita twojego gościa? Gdzieś będąc już tutaj i słuchając, jego wywodów zaczął panikować. No bo biuro? Przyjmowanie tutaj gości? To na pewno nie wejście na salon tylko do biura, ale przecież chciał mu zrobić tę nieby-szklarnię, w której mógłby go pieprzyć w akompaniamencie deszczu i otoczeniu kwiatów w donicach. Gdyby na parterze było biuro, to głupio robić z biura przejście do tego. Na dachu tego nie zrobi. Jakby się wchodziło po schodach od razu na drugie piętro to za dużo schodów. Musiałaby być tu jakaś skarpa, czyli na dole po jednej stronie byłoby mniej okien. Przynajmniej można by się z tego wkopać w ziemię i zrobić mu ten tunel. No właśnie - tunel. Powód, dlaczego stał taki zdziwiony, no bo przecież...
- Co? - Puścił go, podrapał się po głowie w geście niezrozumienia. - Dlaczego miałoby nie być? Wystarczyłoby założyć jakieś Won na wyjście.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.