Pomruk przetoczył się po gardzielach centaurów, oczy błysnęły jeden do drugiego. A cóż to było? Scylla mogła to usłyszeć w tym szmerze wiatru, co niósł krucze skrzydła, ale mógł też nieść membranę ze strun głosowych tych istot, które was otaczały. Ich tętent kopyt, świst ich cięciw, każdą z rozmów, które między sobą prowadzili. Mogłaś to usłyszeć, mogłaś to zobaczyć na ich niby ludzkich twarzach, a jednak zdeformowanych - bardziej spłaszczonych, bardziej pociągłych. Choć różnili się od siebie dokładnie tak samo, jak różnią się ludzie. Niektóre były bardziej delikatne, inne o mocniejszych rysach. To było uznanie. Ta wibracja, która otarła się o twoje bębenki uszne i skórę była uznaniem dla prostej odpowiedzi. Akceptacją polotu, zrozumienia dla gry Zefiru między lotkami, których pieśń napędzała każdy lot, każde przemieszczenie się władców nieba.
- Nie przynosicie burzy, a chcecie doścignąć ptaki. Co przynosicie więc, by doścignąć centaura? - Mimo opuszczenia broni nie sposób było się tutaj dopatrywać poważnego ocieplania relacji. Nie było też chęci Vralnila do skrócenia odległości, jaka was od siebie dzieliła. On nie patrzył na każdą część waszego ciała, ale zupełnie inaczej rzecz się miała z kasztanowowłosym centaurem po jego prawej stronie. Jego bystre ślepia łapały nawet każde przestawienie nogi, a strzelały jak oczy jastrzębia, kiedy pojawiały się gesty dłoni. Było w tym coś odrobinę nerwowego. Miał ciągle napięte mięśnie ramion. W nim uznania nie było. Bystre oczy Scylli bez problemu mogły dopatrzeć się strachu, który swój początek miał zapewne gdzieś w nieufności. A strach, mon ami, był najgorszym doradcom ze wszystkich, jakich można było tu spotkać. Na razie jednak i jego broń była opuszczona, strzała nie znalazła się jednak w kołczanie.
- Już tu przybiegli! Dwunożna Widząca jest tak pewna, że Gwiazdy pozwolą jej spojrzeć na kolejny wschód, ale pewnie kłamie! - Nerwowe uderzenie kopyta gdzieś po ich prawej stronie i nieco uniesiony głos.
- Kłamstwo! Wytną kolejne drzewa! Zabiją kolejne hipogryfy! Zagarną nasz las i tak!
- Oni są burzą, zawsze są burzą. - Dodał ciszej ten, który zajmował miejsce po prawej stronie Vralnila. I wydawałoby się, że zaraz rozpocznie się na dobre dyskusja między centaurami, ale tak się nie stało.
- Cisza. - Vralnil oderwał wzrok od was, by przesunąć nim po tych, którzy przerywali tę konwersację i wtrącali swoje komentarze. Tak i cisza nastała, a on znów nawiązał z wami kontakt wzrokowy.
- Wielu obiecywało to samo, a potem tylko chmury łkały nad Matką Ziemią i starymi dębami. - Kiedy ścinano drzewo po drzewie... - Udowodnij mowę czynem. Nie przychodzicie z burzą, nie z walką, nie z kradzieżą. Co masz przy sobie najcenniejszego, wojowniku? Powierz to w ręce lasu, a my rozważymy twoją propozycję.