Łatwo przestać doceniać to, co masz, albo nawet nie zauważać, że coś doceniać powinieneś. Niektóre rzeczy były jak oddychanie. Całkowicie naturalne. Laurent nie potrafiłby samodzielnie zrobić sobie kanapki i byłby tym skonsternowany, ale doceniał każdy posiłek, jaki zrobił mu Migotek. Za to wiedział, że na pewno były rzeczy, których nie dostrzegał. Które gdzieś przeoczył w swojej próbie weryfikacji tego, co jest warte zachodu, a co nie. Na co lepiej zwrócić swoje spojrzenie, nim będzie za późno. Czasem strata przychodziła znienacka i okazywało się, że tak wiele rzeczy pozostawało do dopowiedzenia i zrobienia. Że tak wiele rzeczy przeoczyliśmy...
Oto ponura rzeczywistość, która nas otaczała - nie mogliśmy w pełni powstać z kolan, jeśli nie byliśmy w stanie otrząsnąć się z letargu żalu i straty. Takim sposobem większość dni była smutna, a gdy nie była to ulga przychodziła z rozmachem. Jej nie dało się nie docenić. Nie dało się jej przeoczyć. Choć z całą pewnością byli ludzie, ignoranci, którym przychodziło to zjawiskowo. Ani on, ani Victoria, do nich nie należeli. Świętowali te chwile razem, doceniali je, tak jak każdą dobrą chwilę w gronie bliskich, a czasem i samotności. Człowiek się za łatwo przyzwyczajał do bycia samemu. Laurenta jednak coraz bardziej ta samotność gryzła. Zaczynał nienawidzić miejsca, w którym doświadczył tylu ran i które było wypełnione przemocą. Najbardziej jednak nie lubił jego głuchej ciszy. Pustki.
- Jak zwykle masz rację, Victorio. - Czas leczył rany, pomagał pozbyć się złości, nienawiści, bólu. A smutek? Czy smutek też mógł przepaść wraz z czasem? Wydawał się jak blizna - permanentna, dopóki nie uda ci się znaleźć odpowiedniego specyfiku, który się ich pozbędzie. Jak tego kremu, który wynalazła Victoria - ale to tylko fizyczne rozwiązanie. Te mentalne miały o wiele głębszą problematykę. - Wiem, że zna ten świat. - Tak, wiedział. Powinien zgłosić to brygadzistom, zdecycowanie. Może jedna, druga, piąta osoba i w końcu coś z tym zrobią. Tak, zdecydowanie powinien... - Pójdę to zgłosić. Ale poza tym... - Lekko się uśmiechnął, trochę żałośnie, bo zdawał sobie sprawę z tego, jak to zabrzmi. - To ekscytujące. - Tak jednak było. Dziwne rzeczy krążyły mu po głowie i dziwne pomysły. Dziwne rzeczy potrafiły go unosić w górę. Rzeczy, o których nie powinien nawet myśleć, co dopiero mówić.
- Racja... niekoniecznie są powiązane... więc dobrym pomysłem byłoby rozdzielenie tego dalej. - Ale mogli sobie tutaj tylko porozmawiać. Głowa go bolała na samą myśl o zaangażowaniu się w Ministerstwo, które było wylęgarnią węży. Nie miał do tego cierpliwości. Serca. - Oglądałem. Nie myślałem jednak, że tak można, że... jakoś wydawało mi się to tylko mrzonką. - Rozjaśnił się, bo ta rzecz sprawiła mu dzisiaj naprawdę wiele przyjemności. - Wiem, że już to mówiłem, ale... cieszę się, że jesteś cała. - Wysunął ręce spod koca, żeby ją objąć.
Porozmawiali jeszcze chwilę przy łóżku, Laurent wytulił jej koty, ciesząc się ich towarzystwem i sprawdzając, czy są zdrowe i czy nim im na pewno nie jest - w końcu Kwiatuszek był ze schroniska, a małe potrafiły być niezwykle wrażliwe na wszystko. Napił się jeszcze jednej filiżanki herbaty - tym razem bez rozlewania jej - zanim pożegnali się,, ucałował ją w policzek i wrócił do domu, życząc jej dobrej nocy.