31.12.2024, 22:42 ✶
– Podobno o inteligencji niektórych z nich najlepiej świadczy to, że nie chcą jej ujawniać człowiekowi. Może to podobny przypadek – stwierdziła Brenna, a kąciki jej ust drgnęły w lekkim uśmiechu. – Na miejscu tych jaszczurek też bym nie chciała się komunikować sama ze sobą – zażartowała, kierując spojrzenie na akwarium. W końcu zabrała je z ich ojczyzny. Ale fakt, że miotano w nie avadami i wykorzystywano w nekromantycznych eksperymentach, zdawał się Brennie całkiem niezłym usprawiedliwieniem. Nie widziała w tym jednak bohaterstwa: w ogóle samą siebie postrzegała raczej jako żołnierza niż herosa. A jej brat? Nie była pewna, czy był bohaterem, ale na pewno uważała go za jednostkę wybijającą się ponad przeciętność – kogoś stworzonego do tego, by osiągnąć wiele w życiu i by padały na niego światła reflektorów. Ona… ona była raczej kimś, kto na obrazkach nie pojawiałby się na pierwszym planie, a w tle – ot tak często, że czasem stawał się zauważalny.
– Dzięki. Jestem wdzięczna, zabrałam je… tak pod wpływem impulsu, a potem nie miałam pojęcia, co zrobić.
Miała poczucie, że była mu coś winna: ale jednocześnie znając trochę Laurenta sądziła, że jeśli zapyta, jak może się odwdzięczyć, to niekoniecznie zostanie dobrze przyjęte. Zepchnęła więc tę kwestię chwilowo jako „do przemyślenia i załatwienia później”.
– Bo trochę jest. Ta w Szkocji jeszcze bardziej. Ale chyba wolę czasem zmoknąć niż ciągle gotować się z gorąca.
Brenna po prostu do tej angielskiej pogody, zmiennej, często mglistej i deszczowej, zdążyła przywyknąć. Tutaj rzadko panowały upały, a jeśli tak, to tylko w te najcieplejsze dni lata – w Ministerstwie i domu mogła użyć zaklęć chłodzących, jeżeli akurat miała wolne, wybrać się nad jezioro. Egipt, sam w sobie przytłaczający kolorami, zapachami, tłumem i obcością, a to w połączeniu z upałem wyciągało z niej siły, choć uważała się za osobę dosyć wytrzymałą. Bezchmurne niebo i tamtejsze morze były zachwycające w swojej inności, a jednocześnie Brenna całą sobą czuła, że nie potrafiłaby zostać tam na dłużej.
Może dlatego bardzo łatwo przychodziło jej zrozumieć to, co Laurent opowiadał o swojej macosze, która nawet po tylu latach nie czuła się do końca dobrze w Anglii. Brenna chyba nie potrafiłaby wyobrazić sobie dokonania takiej zmiany z miłości do męża – zwłaszcza takiego jak Edward Prewett. Dowód tego, że nie był tak mocno przywiązany do małżonki, jak powinien, siedział teraz przed nią. Mimowolnie zastanowiła się, czy Aydaya kochała Edwarda, czy po prostu nie miała wyboru: czy nie było to jedno z aranżowanych małżeństw, które w ich świecie trzydzieści lat temu były powszechne, a teraz wciąż częste. Czy dołączenie do jednej z najbogatszych rodzin na Wyspach było warte zmiany całego życia?
– Chyba mieszka tu już dłużej niż w Turcji? Ale właściwie rozumiem, Anglia to zupełnie inna pogoda, obyczaje, architektura… musiała zostawić wszystko. Hm… takie zaklęcia to może dobry pomysł? Znam kilka osób, które zimną mówią, że mają mniej energii… – stwierdziła, ożywiając się trochę. Czy ją to interesowało? Zwykle była zainteresowana tym, co mówili inni, a ta sugestia zdawała się… przydatna. – Na razie przeniósł się do Doliny. Tu mieszka więcej czarodziejów, trochę ciężej przeprowadzić atak. Może za jakiś czas wyjedzie z kraju, ale musi poczekać, co wykaże śledztwo. I dziękuję, Laurencie. Niedobrze dla niego, jakby się rozeszło, że zadaje się z BUMowcami.
Nie, nie martwiła się zbytnio. Niekoniecznie chciała, by zaczęły rozchodzić się pogłoski, że wezwał ją na pomoc, skoro oficjalnie się nie znali – i niekoniecznie chciała i ze swojej strony, by ktoś zaczął za bardzo drążyć takie sytuacje, bo to mogłoby ściągnąć uwagę popleczników Voldemorta. Ale gdyby Laurent postanowił o tym poinformować innych, to nie zmieniłoby aż tak wiele. Na pewno nie po wywiadzie Erika, a jej rodzina i tak miała konkretną reputację.
– Dzięki. Jestem wdzięczna, zabrałam je… tak pod wpływem impulsu, a potem nie miałam pojęcia, co zrobić.
Miała poczucie, że była mu coś winna: ale jednocześnie znając trochę Laurenta sądziła, że jeśli zapyta, jak może się odwdzięczyć, to niekoniecznie zostanie dobrze przyjęte. Zepchnęła więc tę kwestię chwilowo jako „do przemyślenia i załatwienia później”.
– Bo trochę jest. Ta w Szkocji jeszcze bardziej. Ale chyba wolę czasem zmoknąć niż ciągle gotować się z gorąca.
Brenna po prostu do tej angielskiej pogody, zmiennej, często mglistej i deszczowej, zdążyła przywyknąć. Tutaj rzadko panowały upały, a jeśli tak, to tylko w te najcieplejsze dni lata – w Ministerstwie i domu mogła użyć zaklęć chłodzących, jeżeli akurat miała wolne, wybrać się nad jezioro. Egipt, sam w sobie przytłaczający kolorami, zapachami, tłumem i obcością, a to w połączeniu z upałem wyciągało z niej siły, choć uważała się za osobę dosyć wytrzymałą. Bezchmurne niebo i tamtejsze morze były zachwycające w swojej inności, a jednocześnie Brenna całą sobą czuła, że nie potrafiłaby zostać tam na dłużej.
Może dlatego bardzo łatwo przychodziło jej zrozumieć to, co Laurent opowiadał o swojej macosze, która nawet po tylu latach nie czuła się do końca dobrze w Anglii. Brenna chyba nie potrafiłaby wyobrazić sobie dokonania takiej zmiany z miłości do męża – zwłaszcza takiego jak Edward Prewett. Dowód tego, że nie był tak mocno przywiązany do małżonki, jak powinien, siedział teraz przed nią. Mimowolnie zastanowiła się, czy Aydaya kochała Edwarda, czy po prostu nie miała wyboru: czy nie było to jedno z aranżowanych małżeństw, które w ich świecie trzydzieści lat temu były powszechne, a teraz wciąż częste. Czy dołączenie do jednej z najbogatszych rodzin na Wyspach było warte zmiany całego życia?
– Chyba mieszka tu już dłużej niż w Turcji? Ale właściwie rozumiem, Anglia to zupełnie inna pogoda, obyczaje, architektura… musiała zostawić wszystko. Hm… takie zaklęcia to może dobry pomysł? Znam kilka osób, które zimną mówią, że mają mniej energii… – stwierdziła, ożywiając się trochę. Czy ją to interesowało? Zwykle była zainteresowana tym, co mówili inni, a ta sugestia zdawała się… przydatna. – Na razie przeniósł się do Doliny. Tu mieszka więcej czarodziejów, trochę ciężej przeprowadzić atak. Może za jakiś czas wyjedzie z kraju, ale musi poczekać, co wykaże śledztwo. I dziękuję, Laurencie. Niedobrze dla niego, jakby się rozeszło, że zadaje się z BUMowcami.
Nie, nie martwiła się zbytnio. Niekoniecznie chciała, by zaczęły rozchodzić się pogłoski, że wezwał ją na pomoc, skoro oficjalnie się nie znali – i niekoniecznie chciała i ze swojej strony, by ktoś zaczął za bardzo drążyć takie sytuacje, bo to mogłoby ściągnąć uwagę popleczników Voldemorta. Ale gdyby Laurent postanowił o tym poinformować innych, to nie zmieniłoby aż tak wiele. Na pewno nie po wywiadzie Erika, a jej rodzina i tak miała konkretną reputację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.