01.01.2025, 12:18 ✶
-Peregrinus to... jakiś twój kuzyn, wuj czy kamerdyner? - mruknęła, słysząc nowe imię. Nie znała, wiedziała, że coś przygotowuje, a to znaczyło, że to albo rodzina, albo może służba jakaś? Kto wie, może jednak przyjaciel rodziny?
Wyłapała jej spojrzenie, gdy pytanie o przygotowania powróciło do niej.
-Gdyby było zamieszanie to przynajmniej byłoby ciekawie - wyznała, a jeden z jej kącików ust się uniósł -Ale jest głośniej niż zazwyczaj, większy ruch, jednak bardziej męczący aniżeli ciekawy, upierdliwy taki. Potem usiądziemy wszyscy przy stole i będziemy udawać, że się kochamy - zaśmiała się nieco kpiąco - Jak co roku... - zerknęła na nią. A jak wyglądają twoje święta, Lyssa? Też dobierasz z bratem takie miejsce, aby siedzieć jak najdalej od siebie? Jak na weselach, gdy państwo młodzi próbują rozsadzić członków rodziny tak, aby przypadkiem się nie pozabijali.
Roześmiała się dźwięcznie, gdy wyraziła swoją niechęć do mężczyzn, do tych tu przynajmniej.
-Ah wiesz jak to jest, mężczyźni na ogół są całkiem beznadziejni... - mruknęła z rozbawieniem - Ale zauroczenie to choroba, pasożyt mózgu który nas oślepia i odbiera rozum... dopóki nie zniknie to i ta szkarada wydaje się całkiem urocza -pokręciła głową z rozbawieniem.
-Potem pewnego dnia się budzisz i czujesz obrzydzenie i niezrozumienie, bo ci klapki z oczu spadły - spojrzała na nią z głupim uśmiechem - całkiem beznadziejnie. Ale może trafisz na jakiegoś przystojnego, eleganckiego przejezdnego, kto wie... - rozejrzała się, jakoby takowego chciała wypatrzyć - albo nie.
Śnieg przyjemnie skrzypiał pod ich butami, chłód opatulał policzki, a Ona łapała się na myśli, że wcale nie było jej śpieszno do domu. Wieszanie bombek nie zajmie długo, ile można stać w końcu przy drzewku.
-Hej, może po tym jak poślemy nasze życzenia to wstąpimy na grzańca? - spojrzała na nią.
Wyłapała jej spojrzenie, gdy pytanie o przygotowania powróciło do niej.
-Gdyby było zamieszanie to przynajmniej byłoby ciekawie - wyznała, a jeden z jej kącików ust się uniósł -Ale jest głośniej niż zazwyczaj, większy ruch, jednak bardziej męczący aniżeli ciekawy, upierdliwy taki. Potem usiądziemy wszyscy przy stole i będziemy udawać, że się kochamy - zaśmiała się nieco kpiąco - Jak co roku... - zerknęła na nią. A jak wyglądają twoje święta, Lyssa? Też dobierasz z bratem takie miejsce, aby siedzieć jak najdalej od siebie? Jak na weselach, gdy państwo młodzi próbują rozsadzić członków rodziny tak, aby przypadkiem się nie pozabijali.
Roześmiała się dźwięcznie, gdy wyraziła swoją niechęć do mężczyzn, do tych tu przynajmniej.
-Ah wiesz jak to jest, mężczyźni na ogół są całkiem beznadziejni... - mruknęła z rozbawieniem - Ale zauroczenie to choroba, pasożyt mózgu który nas oślepia i odbiera rozum... dopóki nie zniknie to i ta szkarada wydaje się całkiem urocza -pokręciła głową z rozbawieniem.
-Potem pewnego dnia się budzisz i czujesz obrzydzenie i niezrozumienie, bo ci klapki z oczu spadły - spojrzała na nią z głupim uśmiechem - całkiem beznadziejnie. Ale może trafisz na jakiegoś przystojnego, eleganckiego przejezdnego, kto wie... - rozejrzała się, jakoby takowego chciała wypatrzyć - albo nie.
Śnieg przyjemnie skrzypiał pod ich butami, chłód opatulał policzki, a Ona łapała się na myśli, że wcale nie było jej śpieszno do domu. Wieszanie bombek nie zajmie długo, ile można stać w końcu przy drzewku.
-Hej, może po tym jak poślemy nasze życzenia to wstąpimy na grzańca? - spojrzała na nią.