Dobór ubrania nie był wcale przypadkowy. Tak samo jak dobór biżuterii z ciemnymi kamieniami szlachetnymi. W jego przypadku takie rzeczy niemal nigdy nie były przypadkowe. Nie spodziewał się zastać Kierana nagle w bieli, choć powiedział to już Perseusowi, który miał dokładnie ten sam dobór kolorystyki: w bieli ci do twarzy. Jemu też byłoby do twarzy. Pasowałoby do tych szarych oczu, które zapowiadały deszczowe chmury, ale nie były tak ciemne, by myśleć o burzy. Widział w nich prześwity, które otulały myślą o słońcu przebijającym się przez puch. Czy wyjdzie do prostych ludzi tęcza, gdy popłyną pierwsze krople i spotkają się ze światłem? Kiedy miało się uśmiech pokroju Kierana chciało się wierzyć, że ta osoba jest szczera - że nawet jeśli zbliża się do ciebie jak kot do myszy to w tym sympatycznym uśmiechu jest cień szczerości. Chciało się, bo Laurent nie wierzył. Osoby takie jak ten Diabeł radziły sobie z pozorami najbardziej. A Kieran, w swoich wielu twarzach, dobrze pokazywał, że doskonale wie, jak zmieniać skórę. Kameleon, któremu nie straszne pstrokatość kwiatów, ani szarość miejskiej dżungli.
Spojrzał znów na niego, kiedy się odezwał. Nieprzewidywalność. Wydawało mu się, że był aż nader przewidywalny. Miał tak mocno ułożony schemat rzeczy, na których mu zależało, że przecież... ach. Dwa różne światy, dwie różne podstawy decyzyjne, całe szalone podłoże miotania się pomiędzy wieloma światami. Pozwalał ciszy trwać, bo nie miał zamiaru zaprzeczać ani potwierdzać tego stwierdzenia. Obrócił tylko wzrok na fontannę - na ludzi przy niej. Jak przysiadali na kamiennym murku, jak dziecko właśnie ciągnęło matkę za suknię, żeby pozwoliło jej wrzucić drobniaka. To na szczęście. Jeden aniołek pomyśli, że dla szczęścia rodziny, a drugi diabełek - żeby dostał nową zabawkę.
- Kiedyś się o tym przekonasz. - Niedopowiedzenia bywały najciekawsze, ale Laurent nie zamierzał tego mówić na głos. Tutaj każde słowo mogło zostać użyte przeciwko niemu - przynajmniej tak uważał jak na razie. Napotkał jego spojrzenie. Każda komórka jego ciała krzyknęła: nie! Nigdzie nie idziemy, nigdzie nie idziesz, najlepiej usiądź na tyłku. Znów zrobiło mu się słabo. Na milisekundę obraz mu pociemniał, aż przymrużył oczy na drobną chwilę i zadbał o to, by odetchnąć głębiej. Miasto śmierdziało. Londyn zawsze śmierdział. Było w nim... duszno. Mimo to uwielbiał to miejsce. - Przejdziemy. - Przytaknął w odpowiedzi. Jednak nie ruszył się z miejsca i... - Jeśli powiesz mi, co sprawia, że chcesz pracować dla Dante. - ... dopowiedział. Ciekawiło go to. Zawsze w takich ludziach go to ciekawiło. Oczywiście mógł usłyszeć wierutne kłamstwo, albo zbywającą odpowiedź. Mógł. Ale Kieran pokazał ostatnio, że lubi przeciągać linę. Może go to osobiście bawiło. A może miał w tym swój inny cel - tego też chciał się dowiedzieć.