01.01.2025, 17:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.01.2025, 17:58 przez Lorraine Malfoy.)
Gdyby Maeve jej nie przytrzymała, Lorraine niechybnie skoczyłaby z barierki balkonu. Skoczyłaby, modląc się do jakiegokolwiek boga, który gotów był tych modlitw usłuchać, aby potrzaskał jej ciało na tysiąc kawałków, tak jak potrzaskał o bruk zrzucone z okna pianino. Tylko że szczątki sponiewieranego instrumentu były w oczach Lorraine relikwiami, które uległy profanacji, a jej samej nigdy nie było dalej od świętości. Otworzyła szerzej oczy, zszokowana tym, co przyszło jej usłyszeć... Bo to, że Maeve nie chciała, żeby Lorraine dla niej krwawiła, znaczyło, że Maeve nie chciała, żeby Lorraine ją kochała.
Maeve nie chciała krwi. Maeve chciała szczerości, zamiast przygryzionego w zawahaniu języka i pocałunków zostawiających metaliczny posmak krwi na wargach, chciała serca zamkniętego w piersi, zamiast krwawiącej rany.
"Czego chcesz, Lorraine?", spytała ją wcześniej Maeve.
Lorraine chciała wielu rzeczy.
Chciała, żeby wojna się skończyła. Chciała skrytkę w Gringottcie, w której zawsze byłyby pieniądze, udziały w Kluczu Magicznej Maszynerii i Teatrze Selwynów, same lukratywne zlecenia, aby zarobić wystarczająco na spłatę długów i własne mieszkanie, większe mieszkanie – nie, dom – dom pod Londynem, a kiedyś może nawet posiadłość na wybrzeżu z widokiem na morze, z przestronnym malarskim atelier dla Baldwina i ogrodem dla Maeve. Chciała odzyskać wiarę w Matkę, ojca, który nie dostarczałby jej zgryzot, święta roczne spędzone bez kłótni w gronie rodziny i przyjaciół, własny fortepian koncertowy, zwiewną sukienkę z wystawy Rosierów i nowe buty na jesień. Chciała wrócić do komponowania. Chciała dalej się kształcić, poświęcić nauce i zostać alchemiczką. Chciała legalizacji legilimencji, więcej niż trzy godziny snu bez pomocy eliksiru nasennego i żeby na akcie własności Necronomiconu widniało tylko i wyłącznie jej nazwisko. Chciała też wiedzieć, czy nie zanudziła ukochanej swoimi pianistycznymi popisami, czy azalia podarowana jej na urodziny zaczęła już wypuszczać pączki na przyszły rok – i czy Maeve nie zechciałaby zostać dziś u niej na noc, bo Lorraine... Tęskniła.
Chciała zapytać, czy wszystko jest już między nimi w porządku.
"Po prostu nie kochaj mnie tak, jak tamtych."
Nigdy nie mogłaby jej kochać tak, jak kochała Atreusa – nie była już tamtą Lorraine, nie mogła więc kochać jak ona – tamta Lorraine spoczywała zamknięta w rodzinnej krypcie Malfoyów, w zimnym grobowcu, u boku matki, a jej miłość, czysta, niewinna i słodka, razem z nią. Lorraine, którą była dzisiaj, nie była czysta – nie była niewinna – a słowa, które padały z jej ust przy Atreusie zbyt często miały smak goryczy.
Nie mogła jej też kochać tak, jak kochała Otto. Jak tylko wytłumaczyć to Maeve, pomyślała, przygryzając wargi, jak wytłumaczyć to, czego wytłumaczyć się nie dało? Spowita oparami opium palarnia Changów zawsze rozbrzmiewała cichym gwarem kobiecych głosów, a dom Lorraine wionął zimnem i pustką. Lorraine nie miała do kogo pójść. Lorraine nie miała dokąd wrócić. Z Otto po raz pierwszy miała dom, i kogoś, kto na nią w tym domu czekał. Długo bowiem zajęło Lorraine zrozumienie, że jej dom jest tam, gdzie jej serce.
Serce Lorraine Malfoy było razem z nią na tym balkonie. Tkwiło w jej piersi, obijając się boleśnie o żebra jak o pręty balkonowego rusztowania, domagając się bliskości tej, do której należało i chciało należeć.
Maeve miała rację. Maeve miała rację we wszystkim, tylko nie w jednej rzeczy: Maeve rozumiała Lorraine. Być może rozumiała ją lepiej niż ktokolwiek. Przejrzała ją na wskroś, odzierając półwilę z kłamstw z taką samą łatwością, z jaką zdzierała z niej ubrania, rozplątując wstążki gorsetu poprawności, dotykając jej tam, gdzie skóra była najcieńsza, niezahartowana zbroją uprzejmości i dobrego wychowania.
Maeve nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy, ale Lorraine nie była jeszcze na to gotowa – bała się prawdy, bo prawda była bardziej przerażająca niż twarz bogini Matki nawiedzająca ją w snach.
Zamknęła więc oczy, pozwalając, aby mrok nocy – mrok Nokturnu – otulił ją tak, jak objęcia Maeve. W mroku nie czaiło się zło. Nie było tam też rycerzy i smoków z opowieści, jakimi straszy się dzieci przed snem. W mroku majaczyła mgławica ludzkich istnień, barwnych jak nocne ćmy, obijające się miękko i tęsknie o peryferie życia. Ćmy, które wionąc swymi wydelikaconymi skrzydłami, potrafiły wywołać szkwał potężniejszy od skrzydeł smoków.
Lorraine była tylko ćmą spod znaku trupiej główki, ćmą, której skrzydła mieniły się draperią wszystkich fałszywych twarzy, jakie pokazywała innym ludziom. Lorraine była tylko ćmą, która kochała światło i która rozpaczliwie szukała światła w swoim życiu, chociaż żyła w ciemności i dla ciemności. To Maeve była światłem, najjaśniejszym, spośród wszystkich świateł Nokturnu, blaskiem, który strzelił z okna, pieprzoną Julią na pieprzonym balkonie, dla której stracił głowę pieprzony wiarołomca, Romeo. Wiele razy patrzyła, jak skrzydełka ciem spalają się w płomieniach świecy, a one same zwijają się w konwulsjach obok lichtarza, ginąc w straszliwych męczarniach. Nie dbała o to. Jeden raz Lorraine nie myślała o śmierci. Myślała o życiu, które było bliżej niż na wyciągnięcie ręki.
Pozwoliła, aby czoło Maeve zetknęło się z jej czołem, wstrzymując oddech, kiedy dotknęły się nosami – trwając w milczeniu, skóra przy skórze, choć otaczał je gwar ulicy, rozbrzmiewającej polifonią głosów.
Głos, który dobył się z piersi Lorraine drżał.
Pragnęła, aby rozbrzmiał jednym, krótkim "proszę", wypowiedzianym w niemej modlitwie do bóstw czuwających nad nimi tej nocy. Nie potrafiła sprecyzować, o co właściwie prosi. Wiedziała to – wiedziała to od samego początku, może od pierwszego spojrzenia, jakie z nią wymieniła – ale kiedy wypowiadała swe życzenia na głos, one nigdy się nie spełniały. Lorraine bała się ubrać w słowa swoje pragnienie. Głęboko tajone w sercu, wydawało się oczywistym dla wszystkich dookoła, tylko nie dla niej. Tylko ona wiedziała, jak wiele czasu spędzała wiele czasu w swojej głowie, szlifując słowa, jakich chciała użyć, aby je opisać – słowa, jakie chciała powiedzieć Maeve. Nie użyła żadnego z nich.
– Nie bluźnij – szepnęła tylko. Nie było jednak nic świętego w sposobie, w jaki ją pocałowała.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Maeve nie chciała krwi. Maeve chciała szczerości, zamiast przygryzionego w zawahaniu języka i pocałunków zostawiających metaliczny posmak krwi na wargach, chciała serca zamkniętego w piersi, zamiast krwawiącej rany.
"Czego chcesz, Lorraine?", spytała ją wcześniej Maeve.
Lorraine chciała wielu rzeczy.
Chciała, żeby wojna się skończyła. Chciała skrytkę w Gringottcie, w której zawsze byłyby pieniądze, udziały w Kluczu Magicznej Maszynerii i Teatrze Selwynów, same lukratywne zlecenia, aby zarobić wystarczająco na spłatę długów i własne mieszkanie, większe mieszkanie – nie, dom – dom pod Londynem, a kiedyś może nawet posiadłość na wybrzeżu z widokiem na morze, z przestronnym malarskim atelier dla Baldwina i ogrodem dla Maeve. Chciała odzyskać wiarę w Matkę, ojca, który nie dostarczałby jej zgryzot, święta roczne spędzone bez kłótni w gronie rodziny i przyjaciół, własny fortepian koncertowy, zwiewną sukienkę z wystawy Rosierów i nowe buty na jesień. Chciała wrócić do komponowania. Chciała dalej się kształcić, poświęcić nauce i zostać alchemiczką. Chciała legalizacji legilimencji, więcej niż trzy godziny snu bez pomocy eliksiru nasennego i żeby na akcie własności Necronomiconu widniało tylko i wyłącznie jej nazwisko. Chciała też wiedzieć, czy nie zanudziła ukochanej swoimi pianistycznymi popisami, czy azalia podarowana jej na urodziny zaczęła już wypuszczać pączki na przyszły rok – i czy Maeve nie zechciałaby zostać dziś u niej na noc, bo Lorraine... Tęskniła.
Chciała zapytać, czy wszystko jest już między nimi w porządku.
"Po prostu nie kochaj mnie tak, jak tamtych."
Nigdy nie mogłaby jej kochać tak, jak kochała Atreusa – nie była już tamtą Lorraine, nie mogła więc kochać jak ona – tamta Lorraine spoczywała zamknięta w rodzinnej krypcie Malfoyów, w zimnym grobowcu, u boku matki, a jej miłość, czysta, niewinna i słodka, razem z nią. Lorraine, którą była dzisiaj, nie była czysta – nie była niewinna – a słowa, które padały z jej ust przy Atreusie zbyt często miały smak goryczy.
Nie mogła jej też kochać tak, jak kochała Otto. Jak tylko wytłumaczyć to Maeve, pomyślała, przygryzając wargi, jak wytłumaczyć to, czego wytłumaczyć się nie dało? Spowita oparami opium palarnia Changów zawsze rozbrzmiewała cichym gwarem kobiecych głosów, a dom Lorraine wionął zimnem i pustką. Lorraine nie miała do kogo pójść. Lorraine nie miała dokąd wrócić. Z Otto po raz pierwszy miała dom, i kogoś, kto na nią w tym domu czekał. Długo bowiem zajęło Lorraine zrozumienie, że jej dom jest tam, gdzie jej serce.
Serce Lorraine Malfoy było razem z nią na tym balkonie. Tkwiło w jej piersi, obijając się boleśnie o żebra jak o pręty balkonowego rusztowania, domagając się bliskości tej, do której należało i chciało należeć.
Maeve miała rację. Maeve miała rację we wszystkim, tylko nie w jednej rzeczy: Maeve rozumiała Lorraine. Być może rozumiała ją lepiej niż ktokolwiek. Przejrzała ją na wskroś, odzierając półwilę z kłamstw z taką samą łatwością, z jaką zdzierała z niej ubrania, rozplątując wstążki gorsetu poprawności, dotykając jej tam, gdzie skóra była najcieńsza, niezahartowana zbroją uprzejmości i dobrego wychowania.
Maeve nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy, ale Lorraine nie była jeszcze na to gotowa – bała się prawdy, bo prawda była bardziej przerażająca niż twarz bogini Matki nawiedzająca ją w snach.
Zamknęła więc oczy, pozwalając, aby mrok nocy – mrok Nokturnu – otulił ją tak, jak objęcia Maeve. W mroku nie czaiło się zło. Nie było tam też rycerzy i smoków z opowieści, jakimi straszy się dzieci przed snem. W mroku majaczyła mgławica ludzkich istnień, barwnych jak nocne ćmy, obijające się miękko i tęsknie o peryferie życia. Ćmy, które wionąc swymi wydelikaconymi skrzydłami, potrafiły wywołać szkwał potężniejszy od skrzydeł smoków.
Lorraine była tylko ćmą spod znaku trupiej główki, ćmą, której skrzydła mieniły się draperią wszystkich fałszywych twarzy, jakie pokazywała innym ludziom. Lorraine była tylko ćmą, która kochała światło i która rozpaczliwie szukała światła w swoim życiu, chociaż żyła w ciemności i dla ciemności. To Maeve była światłem, najjaśniejszym, spośród wszystkich świateł Nokturnu, blaskiem, który strzelił z okna, pieprzoną Julią na pieprzonym balkonie, dla której stracił głowę pieprzony wiarołomca, Romeo. Wiele razy patrzyła, jak skrzydełka ciem spalają się w płomieniach świecy, a one same zwijają się w konwulsjach obok lichtarza, ginąc w straszliwych męczarniach. Nie dbała o to. Jeden raz Lorraine nie myślała o śmierci. Myślała o życiu, które było bliżej niż na wyciągnięcie ręki.
Pozwoliła, aby czoło Maeve zetknęło się z jej czołem, wstrzymując oddech, kiedy dotknęły się nosami – trwając w milczeniu, skóra przy skórze, choć otaczał je gwar ulicy, rozbrzmiewającej polifonią głosów.
Głos, który dobył się z piersi Lorraine drżał.
Pragnęła, aby rozbrzmiał jednym, krótkim "proszę", wypowiedzianym w niemej modlitwie do bóstw czuwających nad nimi tej nocy. Nie potrafiła sprecyzować, o co właściwie prosi. Wiedziała to – wiedziała to od samego początku, może od pierwszego spojrzenia, jakie z nią wymieniła – ale kiedy wypowiadała swe życzenia na głos, one nigdy się nie spełniały. Lorraine bała się ubrać w słowa swoje pragnienie. Głęboko tajone w sercu, wydawało się oczywistym dla wszystkich dookoła, tylko nie dla niej. Tylko ona wiedziała, jak wiele czasu spędzała wiele czasu w swojej głowie, szlifując słowa, jakich chciała użyć, aby je opisać – słowa, jakie chciała powiedzieć Maeve. Nie użyła żadnego z nich.
– Nie bluźnij – szepnęła tylko. Nie było jednak nic świętego w sposobie, w jaki ją pocałowała.
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości