01.01.2025, 18:04 ✶
Jeśli chodziło o kokon nadmiernej opiekuńczości, to nigdy nie był problemem dla Brenny: zaczęła robić to, co ma ochotę, już kiedy skończyła jakoś dwanaście lat, a chociaż rodzina bez wątpienia martwiła się o nią, to kiedy skończyła siedemnaście lat wszyscy pogodzili się z tym, że okiełznanie jej wszędobylskości jest niemożliwe. W tej akceptacji pewnie wydatnie pomagał fakt, że Brenna zasadniczo zawsze zbierała najmniej przyzwoite oceny, kiedy trochę odrosła od ziemi zaczęła bez żadnego przymusu angażowć się w rodzinne inicjatywy, nigdy nie upijała się i nie zadawała z bardzo nieodpowiednim towarzystwem, a jej praca, choć niebezpieczna, była w rodzinie tradycją. Traktowano ją jak dorosłą odkąd skończyła Hogwart. Skoro więc zostawiła informację skrzatce, że chwilowo nie będzie jej w Warowni, nikomu nie wadziło, że późną porą znalazła się w niemagicznym Londynie. A była tu trochę dlatego, że korzystając z niespodziewanego dnia wolnego załatwiła kilka spraw, a trochę, bo nie miała ochoty wracać do londyńskiego mieszkania. To z tego drugiego powodu jeszcze się tam nie teleportowała.
To był długi, nieprzyjemny dzień, męczący bardziej umysł niż ciało, kolejny w korowodzie kilkunastu długich, męczących dni. Światło lampionów, szum morza i twarze bliskich bawiących się jeszcze nie tak dawno na wybrzeżu Devon zdawały się nieskończenie dalekie. Ich wspomnienia rozpływały się, pochłonięte przez myśli o ciemnej granicy Kniei i czającej się w niej grozie, łapce, odciśniętej na karku Tessy, znikały w ciemnościach Nokturna, złocistym piasku z rozbitego zmieniacza czasu, ziemi opadającej na grób Caina, zostawały zmyte przez łzy Dory. Opadały na nie listy Enzo i Raphaeli, a muzyka rozmyła się, zagłuszona przez trzask drzwi w Księżycowym Stawie i zamykanej klapy śmietnika, do której wpadł świstoklik.
I na to wszystko padało widmo ognia, który przepowiedział Morpheus: ognia, którego spodziewała się jesienią, a kartek kalendarza ubywało szybko, liście nie wydawały się już tak zielone. Niedługo miało nadejść Mabon, przynosząc ze sobą jesień.
Brenna lubiła chwytać się miłych wspomnień i szukać radości w drobiazgach, ale tego wieczora była już po prostu zmęczona.
Przystanęła, kiedy zdało się jej, że słyszy jakieś dźwięki z jednej z bocznych uliczek. Można było wyciągnąć ją z biura Brygady, i zasadniczo w dużej mierze ogólnie z roboty patrolowej, którą zajmowała się teraz bardzo rzadko – ale pewne odruchy były bardzo mocno zakorzenione. Podniesione głosy i dźwięki, które im towarzyszyły, mogły równie dobrze świadczyć o tym, że jacyś młodzi ludzie wracali pijani z Fontanny Szczęśliwego Losu i wpadli na kubeł na śmieci, jak i być oznaką bójki.
Brenna zamiast iść więc dalej, przeszła przez ulicę, szybkim krokiem odbijając ku uliczce, z której dobiegały odgłosy zamieszania.
To był długi, nieprzyjemny dzień, męczący bardziej umysł niż ciało, kolejny w korowodzie kilkunastu długich, męczących dni. Światło lampionów, szum morza i twarze bliskich bawiących się jeszcze nie tak dawno na wybrzeżu Devon zdawały się nieskończenie dalekie. Ich wspomnienia rozpływały się, pochłonięte przez myśli o ciemnej granicy Kniei i czającej się w niej grozie, łapce, odciśniętej na karku Tessy, znikały w ciemnościach Nokturna, złocistym piasku z rozbitego zmieniacza czasu, ziemi opadającej na grób Caina, zostawały zmyte przez łzy Dory. Opadały na nie listy Enzo i Raphaeli, a muzyka rozmyła się, zagłuszona przez trzask drzwi w Księżycowym Stawie i zamykanej klapy śmietnika, do której wpadł świstoklik.
I na to wszystko padało widmo ognia, który przepowiedział Morpheus: ognia, którego spodziewała się jesienią, a kartek kalendarza ubywało szybko, liście nie wydawały się już tak zielone. Niedługo miało nadejść Mabon, przynosząc ze sobą jesień.
Brenna lubiła chwytać się miłych wspomnień i szukać radości w drobiazgach, ale tego wieczora była już po prostu zmęczona.
Przystanęła, kiedy zdało się jej, że słyszy jakieś dźwięki z jednej z bocznych uliczek. Można było wyciągnąć ją z biura Brygady, i zasadniczo w dużej mierze ogólnie z roboty patrolowej, którą zajmowała się teraz bardzo rzadko – ale pewne odruchy były bardzo mocno zakorzenione. Podniesione głosy i dźwięki, które im towarzyszyły, mogły równie dobrze świadczyć o tym, że jacyś młodzi ludzie wracali pijani z Fontanny Szczęśliwego Losu i wpadli na kubeł na śmieci, jak i być oznaką bójki.
Brenna zamiast iść więc dalej, przeszła przez ulicę, szybkim krokiem odbijając ku uliczce, z której dobiegały odgłosy zamieszania.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.