- Dobrze. - Do próbowania rzeczy nowych zazwyczaj nie trzeba było go namawiać. Zazwyczaj. Czasem lęk przed porażką przed innymi osobami był o wiele silniejszy i wcale nie sprzyjał nauce. Lęk przed wytknięciem palcami, śmiechem, ostrymi słowami - wystarczył czasem jeden zły gest i Laurent ze lśniącej gwiazdy zamieniał się w perłę, która zamykała się w muszli. Blask znikał z taką łatwością, z jaką przeciąg gasił świece. Teraz się tego nie bał. Powinien, bo przecież Flynn miał cięty język i problemy z jego kontrolą. - Od jazdy konnej też. - I mięśnie ud robią się niczego sobie. Gdyby nie ta jazda konna i pływanie to byłby jeszcze słabszy, niż był. Stałby się ważką przysiadającą na krańcu palca, której skrzydeł wystarczy dotknąć, by je połamać. - Narysuj mi. - Nie potrzebował się nad tym zastanawiać. Z dwóch powodów - był przywiązany do pamiątek różnego rodzaju, a taki projekt zaliczał do takowych. Po drugie - uwielbiał niespodzianki, ale nie wszystko powinno niespodzianką być. Nie było nic gorszego od nietrafionego prezentu. Nie chciał kupować drugiego domu po ukończeniu tego - chciał, żeby ten dom był idealny. I to też nie było spowodowane tylko tym, że chciał się wyprowadzić, bo ta potrzeba mogła zostać spełniona w mig. Wystarczyło kupić gotową posiadłość, zabrać rzeczy. Nie o to jednak chodziło. Ten dom miał budować Flynn.
Zachwiał się lekko w tym rytmie i w szybkości swojego ruchu. Przytulił się do Flynna na tę krótką chwilę pocałunku, przylgnął do niego mocniej. Pocałunek okraszony uśmiechniętymi wargami. Nic nie trwa wiecznie, ale żaden z nich nie był gotów, by temu przytaknąć. Nie mówmy o tym, nie mówmy tego, nie wychodźmy z piosenki Bowiego granej tylko w głowie Flynna. To tylko jeden fałszywy kroczek. Wszystko dla tego zbliżenia i przybicia pieczęci własnymi wargami na obietnicy danej sercu i głowie. Które sumienie wytrzyma dłużej zatapiając się w niemożliwych do spełnienia bajeczkach?
Być może od tego oszaleją.
Przynajmniej oszaleją razem.
- Chcę. - Na zawsze i na wieczność, by z życia móc uczynić świętość. Aby każdy dzień był świętem wartym celebrowania. By poranki były słodsze, a życie mniej niepewne. By nawet, gdy świat znów będzie płonął - on złapie go za rękę.
Oddał mu prawo do oddechu i zrobił krok w tył, by się od niego odsunąć, złapać jego dłonie. Teraz to on pociągnął go za sobą. Ta pusta, wielka przestrzeń mogła być teraz ich salą balową. Ich pałacem, najpiękniejszym na świecie, gdzie nie było innych bogów. To on był tutaj bóstwem. Bogiem jedynym, który pragnął pochłaniać każde ze spojrzeń tego człowieka i jego gesty.
- Chcę. - Nie tylko robił rzeczy, rzeczy, które... ach! Sam chciał dla niego robić rzeczy. Jeszcze wróci do tego zeszytu, dziennika, który mu zwrócił. Jeszcze się o to pokłócą, jeśli Flynn nie będzie chciał. Albo zacznie nowy - przecież musiałby postawić na swoim. Dwa razy chcę.
Ułożył jego ręce na swoim ciele i teraz to on go pociągnął do tańca. Stworzył ze swoich rąk ramę - doskonale wyuczoną, bo kilka tańców młody Prewet musiał opanować. Te, których Flynn nie lubił, nie przepadał za nimi. Ale może zmieni zdanie...
- Chcę. - Powtórzył niemal z drżeniem głosu, ciągnąc go za sobą. Ale nie zostawił tej piosenki w swojej głowie...
Drżący, wysoki głos Laurenta - wystarczyło zamknąć oczy, by mieć pewność, że to musiała śpiewać kobieta. Ciepła barwa otulała jak kokon powoli wykluwającego się motyla. A piosenka zaczynała się całkiem delikatnie. Powolutku. Snuła swoją opowieść...
Jak powoli zmieniało się ich otoczenie. Ubranie Laurenta opłynęło całością w bieli, długie szaty nie były suknią, ale zwiewny materiał wirował wokół niego z każdym krokiem. Flynna skórzane spodnie wcale nie zniknęły. Pojawiła się tylko czarna koszula - ale również ze skóry. Z odpiętymi guzikami pod szyją. Przylegała do niego doskonale, zaginając się przy każdym ruchu mięśni. Włosy stały się tymi idealnymi loczkami, jakby nigdy nie były rozburzone po nocy i locie na abraksanie. I jeśli nie został zatrzymany, to magia selkie brnęła dalej. Podłoga pod ich nogami rozwinęła się jak dywan, tworząc parkiet, a gdy dotknęła ścian to te wzniosły się w górę ciemnym granatem, by zamknąć nad ich głowami i rozwinąć girlandy i piękne abażury, a na samym środku zalśnił księżyc. Zamiast świec - na abażurach zawisnęły gwiazdy. Pojawiła się orkiestra. Rozbrzmiały instrumenty, gdy brnęła piosenka i nabierała tępa. Pod ścianami pojawiły się eleganckie damy w ich sukniach i dżentelmeni, którzy je prowadzili. Za wielkimi oknami padał śnieg, który zaczął malować szron na oknach, a między ludźmi powstały wysokie świeczniki z ciepłym ogniem, który przytulnym blaskiem stanowił kontrast do zimy za tymi murami. I w końcu do tańca dołączyły też figury do tej pory nieruchome, ale na środku byli tylko oni. W tym blasku Luny, który grał na materiale Laurenta srebrzystymi refleksami. Ale w końcu orkiestra zaczęła się wyciszać, wirujące wokół nich sylwetki zwalniać... i Laurent sam w końcu zwolnił, a w końcu się zatrzymał, by zakończyć pieśń.
Blondyn oddychał głębiej. Wszystko wróciło do normy. Znów byli w tym samym, pustym domu gotowym do remontu.
- A ty? - Zapytał w tej lekkiej zadyszce. - Chcesz ze mną zostać?