Och tak, pamięć psociła i nawet potrafiła zmieniać całe fragmenty wydarzeń. Wydaje nam się, że tak doskonale coś pamiętamy, a tymczasem okazywało się, że pamiętamy jedno wielkie nic. Alternatywną wersję rzeczywistości, gdzie nie zgadzało się nawet miejsce, zmienieni byli ludzie, kontekst potrafił się wywrócić do góry nogami. Wszystko przez te pieprzone emocje. Potrafiliśmy też zapamiętywać rzeczy dobrze, ale zapominać je, albo wypaczać, pod wpływem chwili. Dokładnie tego zmieszania co rusz doznała Laurent teraz. Zdradzał nas nasz własny mózg, który powinien teraz pracować z taką precyzją, jak żyletki goliły włosy z męskiego lica. Tymczasem on zawodził. Zawodziło też ciało.
- Tak. - Każde słowo może zostać użyte przeciwko tobie... Myślał o tym i trzymał się tego. Granica między manipulacją, niedopowiedzeniami, kłamstwami a prawdą zupełnie się tutaj zacierała. Kieran miał rację - Laurent potrafił nie wiedzieć, w którą stronę się obrócić, dlatego wybory podejmowane były bardzo instynktownie. To jednak nie był jego naturalny stan. Rodził się ze stresu, wychodził ze smutku, miał swój początek w zwątpieniu i niepewności. Nie było w tym nic zdrowego dla człowieka uczącego się planować i kochającego mieć wszystko pod kontrolą. Toczące się koło nabierało rozpędu. Ciężko było się z niego wyrwać. Na następne pytanie nie odpowiedział od razu. Usiadł na tej ławce, bo utrzymywanie pionu było męczące w tym spotkaniu z założenia. Jego głowa ciągle biła na alarm, nie ważne co usłyszał, nie ważne, co zrobił i co sam powiedział. - Każdy z nas ma swoją historię. - Jakże zabawnie było o tym mówić przed tą biblioteką - miejscem, które było domem dla całej historii świata. Gdzie spoczywało mnóstwo biografii i prywatnych zapisków. Potarł o siebie dłonie, bo zadrżał z poczucia chłodu. - Szkoda mi, że historie niektórych były na tyle smutne, by doprowadzić do równie smutnego życia. - Ciężkiego. Okupionego krwią. Niektórzy nauczyli się to lubić, a jeszcze inni mieli chorą duszę od urodzenia. I tych ludzi też mu było żal. Miłość, ta zdrowa i silna, wydawała się towarem deficytowym w dzisiejszych czasach.
- Ach... daruj sobie. - Lekko machnął ręką. Zamknął oczy, podpał głowę na dłoni. - Ten jego pomysł z takim sposobem przekazywania informacji... jest żałosny i poniżej mojego poziomu. - Zagrały tu ostatnie nuty tej irytacji i akurat nie mówił tego na przekór - mówił całkowicie szczerze. Co to była za szopka... pewnie w mniemaniu Dante odpowiednia, ale on sam aż niedowierzał, że uznał to za odpowiednio... co? Karcące? Poniżające dla drugiej strony? - Wyciągnąłem. - Wnioski, a praktyka... mogliśmy się tutaj rozmijać. I niekoniecznie wyciągnął je też w satysfakcjonującym kierunku.
Prosta odpowiedź zawisnęła w powietrzu. Smutne. Laurent w New Forest próbował pomagać ludziom. Najchętniej dawał prace właśnie tym, którzy najbardziej jej potrzebowali. Albo dom osobom, które nie miały swojego. Jakiś start - jakikolwiek nowy - który mógłby im pomóc. Również spoglądał teraz w stronę biblioteki. W swoim tiku obracał pierścionkiem na palcu.
- Jednak masz rację. - Uśmiechnął się blado. - Gdybym wyciągał jakieś wnioski przestałbym próbować pomagać wszystkim wokół i zajął sobą. - Powoli był tym zmęczony, bo powoli nie miał już czego rozdawać. - Pewnie wtedy płakałbym mniej. - Założył nogę na nogę. Miał w głowie kolejną z wizji, jak piękną szpilką byłoby podetknięcie kogoś, kto wydaje się chcieć pomóc, a potem... zdradza.