Martin przetrwał pogrzeb zatopiony we własnych myślach. Po głębokiej analizie podobieństw i różnic między sytuacją swoją a kuzyna, uwagę skupił na urnie. I oto co pozostaje z człowieka. Bez względu na starania za życia, każdy prędzej czy później zamieni się w kupkę popiołu. Simone miała to szczęście, że jej kupka została z czułością przechowana, zaś brat Martina rozsypał się po ulicach deptany może i do dzisiaj przez nieświadomych niczego przechodniów.
Szczęście? Żadne dla niej szczęście, skoro już nie żyła.
Martin oderwał się od przykrych myśli, gdy nadszedł czas na poczęstunek. Jego miejsce nie było wśród umarłych, chociaż tak często się wśród nich jawił. Życie zmusiło go do nabierania kolejnych oddechów, a on postanowił przyjąć to zadanie. Spojrzał więc na otaczających go ludzi. Pogrzeb nie był dobrą okazją do nawiązywania nowych znajomości, ale zmarnował swoją okazję na balu, więc nie powinien wybrzydzać. Zadanie na dziś — odbyć przynajmniej jedną rozmowę z własnej inicjatywy.
Crouchowie udali się do Elliota, by złożyć kondolencje. Wpierw Elisabeth, pogrążona w szczerej, lecz dostosowanej do wszelkich norm społecznych żałobie. Podarowała Elliotowi kilka ciepłych słów. Uczucia po śmierci własnej synowej żywo krążyły w niej podczas tego pogrzebu. Bob Sue-Crouch był bardziej zwięzły w słowach, ale nie mniej czuły, poklepał Elliota po ramieniu i podzielił się nadzieją, że czarodziej ułoży sobie jakoś życie. Jane Mary oraz Jack również dopełnili rodzinnych powinności jak to kuzynom było dane, po czym nadszedł czas na Martina.
Przez cały ten pochód nie ułożył sobie w głowie gotowej formułki, tak więc uścisnął dłoń żałobnika w ciszy, wpatrując się w jego twarz. Czy i on tak wyglądał podczas pogrzebu Kordelii? Czy tak wyglądałby podczas pogrzebu Briana, gdyby ten takiego się doczekał?
— Przykro mi — powiedział w końcu spuszczając wzrok. Współczucie tliło się w nim bez względu na to co mogło lub nie łączyć Simone i Elliota. To nie miało znaczenie. Utrata współmałżonka burzyło codzienność, wywracało do góry nogami plany i oczekiwania co do przyszłości. Dlatego oba słowa rzucone kuzynowi były jak najbardziej szczere.
Martin rzucił spojrzeniem na stoły z poczęstunkiem, ale głodny był tylko swojego papierosa. Zaszył się więc w ogrodowym fotelu, by zapalić. Z całą pewnością ktoś dołączy do niego prędzej czy później i będzie mógł spróbować rozpocząć konwersację.