02.01.2025, 12:23 ✶
W chwili, gdy słowa płynęły, a za nimi pięści, nie było ważnym to, co zostało powiedziane, a to, w co uwierzyła dusza. Charles widział, co przedstawiał sobą Baldwin, gdzie mieszkał, z kim się zadawał i chociaż naprawdę próbował, teraz zrozumiał, że mimo chęci, nie był w stanie zgodzić się z Malfoyem. Nieproszony gość sam sobie na to zapracował, dzieląc się tym bardziej nieproszoną wiedzą i przekonaniami, które mogły wstrząsnąć światem Charlesa w ten zły sposób. Nie potrzebował nikogo, kto będzie siał zamęt w jego życiu, które w końcu miało wkroczyć na właściwe tory.
Jego twarz wyrażała wszystkie te emocje: odrazę, rozczarowanie... nienawiść. Odczucia łatwo kiełkowały, a odpowiednio zadbane, dawały siłę, której nie sposób było się spodziewać. Brzydko wykrzywione usta, zmarszczony nos, pięść, która była w gotowości, by uderzyć z drugiej strony - młody Mulciber na powrót odkrywał tę drugą, bardziej gwałtowną wersję siebie. Uczucie było wręcz słodkie, gdy knykcie zabolały, obite o kości Baldwina. Przemoc uzależniała jak narkotyk i dłonie rwały się do kolejnych ciosów. Baldwin wybrał mądrze, odsuwając się, a przestrzeń wpłynęła również na Charlesa. Zawahał się, tracąc pęd chwili.
Dłonie jednak nie ustawały i same po raz kolejny wyrwały się do kołnierza Malfoya, łapiąc go, a następnie przyciskając do ściany. Jedna zaraz oderwała się, tylko po to, by gestem przywołać butelkę, wciąż stojącą na stoliku, czekającą na chłopców niczym symbol pojednania.
- Będziesz trzymał się ode mnie z daleka. - To nie była groźba, lecz obietnica. Za słowami popłynął alkohol: uniesiona nad głowę Malfoya tequila zaczęła płynąć, złociste krople opadły na jasne włosy, spłynęły na jasną skórę. - I zostawisz Scarlett w spokoju. Jeśli zobaczę cię przy niej choć jeszcze jeden raz, nie wrócisz do domu o własnych siłach.
Alkohol obmywał Baldwina, wsiąkał w jego ubranie, gdy możliwość pojednania została stracona, wydawałoby się, na zawsze.
Jego twarz wyrażała wszystkie te emocje: odrazę, rozczarowanie... nienawiść. Odczucia łatwo kiełkowały, a odpowiednio zadbane, dawały siłę, której nie sposób było się spodziewać. Brzydko wykrzywione usta, zmarszczony nos, pięść, która była w gotowości, by uderzyć z drugiej strony - młody Mulciber na powrót odkrywał tę drugą, bardziej gwałtowną wersję siebie. Uczucie było wręcz słodkie, gdy knykcie zabolały, obite o kości Baldwina. Przemoc uzależniała jak narkotyk i dłonie rwały się do kolejnych ciosów. Baldwin wybrał mądrze, odsuwając się, a przestrzeń wpłynęła również na Charlesa. Zawahał się, tracąc pęd chwili.
Dłonie jednak nie ustawały i same po raz kolejny wyrwały się do kołnierza Malfoya, łapiąc go, a następnie przyciskając do ściany. Jedna zaraz oderwała się, tylko po to, by gestem przywołać butelkę, wciąż stojącą na stoliku, czekającą na chłopców niczym symbol pojednania.
- Będziesz trzymał się ode mnie z daleka. - To nie była groźba, lecz obietnica. Za słowami popłynął alkohol: uniesiona nad głowę Malfoya tequila zaczęła płynąć, złociste krople opadły na jasne włosy, spłynęły na jasną skórę. - I zostawisz Scarlett w spokoju. Jeśli zobaczę cię przy niej choć jeszcze jeden raz, nie wrócisz do domu o własnych siłach.
Alkohol obmywał Baldwina, wsiąkał w jego ubranie, gdy możliwość pojednania została stracona, wydawałoby się, na zawsze.