- Wielu mężczyzna ma z tym problem. Z przyznaniem się do strachu. - Do błędów, do porażek, do wszystkich niepewności, jakie mieli. Panowie i władcy, co wszystko wiedzą najlepiej, robią najlepiej i... cóż, miały coś w sobie przyciągającego - te magnetycznie pewne siebie osobowości. Dla Kierana powiedzenie tego było tak samo proste jak oddychanie. Proste jak oddychanie dla niego. Bo nie dla wszystkich tutaj było to tak samo proste, co ławo wywnioskować po mocno unoszącej się klatce piersiowej Laurenta. Mocno, choć rzadko.
- Doceniam. Ale jestem do niej przyzwyczajony. - I lubił ją. Wychodzenie z tej sfery wyuczonej grzeczności niekoniecznie wiązało się z dyskomfortem, ale jeśli zaczynasz zbyt często wychodzić z roli to łatwo zacząć się gubić. Da się uwierzyć w wersje wydarzeń, w której czułby się aż tak swobodnie przy Kieranie, żeby naprawdę z tego zrezygnować? Na pewno była wersja rzeczywistości, w której zrzucał tę szatę z powodu odcięcia lejców kontroli. - Skoro tak zinterpretowałeś to pytanie, niech tak wybrzmi. - Skinął głową. Wyobraźnię miał bogatą. Był w niej już w tym eleganckim, tonącym w czerwieni pomieszczeniu. W Czarnej Róży, którą ostatnim razem oglądał w koszmarach. W czasach, kiedy to była zabawa, kiedy zachwycał się tymi błyszczącymi oczami Dante wpatrzonego w niego z takim umiłowaniem. Czuł się wtedy wyjątkowo. Pośród wszystkich tych ludzi, przy wili, która nawet nie łapała małego skrawka spojrzenia tego mężczyzny. A potem to wszystko obróciło się w koszmar... i dlaczego? Ze strachu, by selkie nigdy nie wrócił do morza? By kanarek nie uciekł ze złotej klatki? A może tam nigdy nie było żadnej miłości. Teraz już położył dłoń na klatce piersiowej.
- Mhm... - Tak, trochę go przedrzeźnił w tym punkcie, kiedy usłyszał zaproszenie do powrotu do domu. Wrócić do domu. Będzie pusty? Albo tym razem nie? A może powinien pójść do Victorii, albo Florence i Atreusa? Tylko co by im wtedy powiedział, gdyby go zobaczyli w tym żałosnym stanie. Nie, dom teraz nie musiał być pusty, ale może się powinien tego domu bać. Bać się ludzi takich jak Perseus czy Philip, którzy patrzyli na niego dokładne tak samo, jak Dante. Bać się Flynna, który miał tak samo obsesyjne podłoże swoich emocji, jak Dante. Bać się... wszystkich. Tylko najwyraźniej żadna norma nie potrafiła do niego dotrzeć. Albo to on już zapomniał, jak kochać kogoś... normalnego. Tak, musiał zapomnieć, skoro sam poszukiwał tych mocnych, skrajnych doznań. - Do widzenia, Kieranie. - Laurent jednak nie ruszył się z ławki. Zamiast tego znów zamknął oczy.