02.01.2025, 17:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2025, 17:35 przez Brenna Longbottom.)
Ciężko było zapomnieć o widmach, gdy żyło się w Dolinie Godryka i regularnie spoglądało na ciemną ścianę lasu, tak dobrze znanego i kochanego, a teraz pełnego potworów. Ciężko było o nich zapomnieć, kiedy mały Charlie Dafoe spoglądał na ciebie nie tak dawno z plakatów, a do Ministerstwa trafiały ciała sąsiadów, wyssane z życia, wyglądające tak, jakby spoczywały w ziemi od wielu miesięcy. Ciężko było zapomnieć, gdy w rodzinnym grobowcu nie tak dawno złożyło się prochy, bo przez widma zabrakło ciała, które dałoby się pochować.
Nie zapomniała: odpuściła, bo sądziła, że departament tajemnic panuje nad sytuację, a choć pytała wszędzie i rozmawiała nawet z pracownikami, wpuściła ich do domu Mildred, pełnego widm, wychodziło na to, że powinna trzymać się z daleka.
A potem zaczęły ginąć koty, Quintessy omal nie pochłonął jej własny strach, Atreus wspomniał o potworze, którego ktoś trzymał w piwnicy, i Brenna zaczęła miotać się jeszcze bardziej niż zwykle. Może przebywała teraz głównie w Londynie, ale to nie znaczyło, że nie martwiło ją bezpieczeństwo Doliny, Warowni, krewnych, sąsiadów.
I najgorsze, że nie mogła z tym niczego zrobić. Poczucie bezradności w tej i wielu innych sprawach właściwie już jej nie opuszczało: i straszliwie, straszliwie ją to wkurzało. Tym bardziej nie zaszkodziło skorzystać z szansy do zdobycia większej ilości informacji. Zwłaszcza że chciała też spytać Geraldine, jak wyglądała sprawa z Thoranem Yaxleyem – w Brygadzie zgłoszono kilka jego wybryków, a wuj wspomniał coś o tym, że mężczyzna w istocie jest demonem, więc… Brennę trochę martwiło, że jakiś demon rozgrzebał jej wspomnienia i krążył wolno po Londynie.
Może nie do końca ufała Yaxleyównie, ale przynajmniej nic nie wskazywało na to, by ta miała popierać śmierciożerców. Drobna współpraca mogła być przydatna. Odpisała szybko na list Geraldine i wczesnym rankiem pojawiła się w Warowni. Gdy Yaxleyówna zapukała do drzwi, Brenna akurat pomagała skrzatce w kuchni, przygotowując śniadanie oraz lunch na wynos dla tych, którzy tego dnia wybierali się do pracy. Dwa psy kręciły się wokół jej nóg, wyraźnie stęsknione – chociaż zdążyła już zabrać je na spacer (pojawiła się mniej więcej o świcie, a przecież oczywiste, że jeśli ktoś choćby poruszył się rankiem na łóżku, to nadeszła pora na wyprowadzenie psiaków).
– Cześć – przywitała się, gdy otworzyła drzwi i zmierzyła Geraldine spojrzeniem. Jej ton był normalny, na twarzy pojawił się zwykły, przyjazny uśmiech, ale w istocie Brenna patrzyła na nią, szukając, jakichkolwiek odstęp od normy.
Wszystko, co działo się w kraju, w jej życiu, wokół, sprawy dotyczące metamorfomagów, eliksir wielosokowy z Lammas, sprzyjało ostrożności. A przez myśl Brenny przeszło mimowolnie, że nie może być do końca pewna: stała przed nią Geraldine, czy Thoran, który skradł jej twarz?
– Chcesz wejść na kawę czy wolisz siąść w sadzie? – spytała jednak, jak gdyby nigdy nic, nogą powstrzymując Gałgana przed przeciśnięciem się ku Geraldine.
Nie zapomniała: odpuściła, bo sądziła, że departament tajemnic panuje nad sytuację, a choć pytała wszędzie i rozmawiała nawet z pracownikami, wpuściła ich do domu Mildred, pełnego widm, wychodziło na to, że powinna trzymać się z daleka.
A potem zaczęły ginąć koty, Quintessy omal nie pochłonął jej własny strach, Atreus wspomniał o potworze, którego ktoś trzymał w piwnicy, i Brenna zaczęła miotać się jeszcze bardziej niż zwykle. Może przebywała teraz głównie w Londynie, ale to nie znaczyło, że nie martwiło ją bezpieczeństwo Doliny, Warowni, krewnych, sąsiadów.
I najgorsze, że nie mogła z tym niczego zrobić. Poczucie bezradności w tej i wielu innych sprawach właściwie już jej nie opuszczało: i straszliwie, straszliwie ją to wkurzało. Tym bardziej nie zaszkodziło skorzystać z szansy do zdobycia większej ilości informacji. Zwłaszcza że chciała też spytać Geraldine, jak wyglądała sprawa z Thoranem Yaxleyem – w Brygadzie zgłoszono kilka jego wybryków, a wuj wspomniał coś o tym, że mężczyzna w istocie jest demonem, więc… Brennę trochę martwiło, że jakiś demon rozgrzebał jej wspomnienia i krążył wolno po Londynie.
Może nie do końca ufała Yaxleyównie, ale przynajmniej nic nie wskazywało na to, by ta miała popierać śmierciożerców. Drobna współpraca mogła być przydatna. Odpisała szybko na list Geraldine i wczesnym rankiem pojawiła się w Warowni. Gdy Yaxleyówna zapukała do drzwi, Brenna akurat pomagała skrzatce w kuchni, przygotowując śniadanie oraz lunch na wynos dla tych, którzy tego dnia wybierali się do pracy. Dwa psy kręciły się wokół jej nóg, wyraźnie stęsknione – chociaż zdążyła już zabrać je na spacer (pojawiła się mniej więcej o świcie, a przecież oczywiste, że jeśli ktoś choćby poruszył się rankiem na łóżku, to nadeszła pora na wyprowadzenie psiaków).
– Cześć – przywitała się, gdy otworzyła drzwi i zmierzyła Geraldine spojrzeniem. Jej ton był normalny, na twarzy pojawił się zwykły, przyjazny uśmiech, ale w istocie Brenna patrzyła na nią, szukając, jakichkolwiek odstęp od normy.
Wszystko, co działo się w kraju, w jej życiu, wokół, sprawy dotyczące metamorfomagów, eliksir wielosokowy z Lammas, sprzyjało ostrożności. A przez myśl Brenny przeszło mimowolnie, że nie może być do końca pewna: stała przed nią Geraldine, czy Thoran, który skradł jej twarz?
– Chcesz wejść na kawę czy wolisz siąść w sadzie? – spytała jednak, jak gdyby nigdy nic, nogą powstrzymując Gałgana przed przeciśnięciem się ku Geraldine.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.