02.01.2025, 18:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2025, 18:55 przez Lorraine Malfoy.)
– Baldwin ma dar – powiedziała z przekonaniem, ale i z dziwną zadumą, wyglądając przez chwilę tak, jak gdyby błądziła myślami gdzieś daleko, nie dostrzegając – a może nie chcąc dostrzec – pogardy, z jaką Eden wypowiadała się o sztuce: twarz Lorraine lśniła bowiem pewnością. Jeżeli wszyscy mieli dzisiaj śnić ten sam sen, pomyślała, Baldwin był tym, który zaklinał go swoją poezją. Odwróciła głowę, zerkając na harfę, która przez chwilę zdawała się wygrywać znajomą melodię... Zaraz jednak straciła zainteresowanie zaklętym instrumentem. Musiała się przesłyszeć.
Gdy Eden stwierdziła, że nie ma czasu na miernych mężczyzn, tylko uśmiechnęła się lekko. Lorraine Malfoy całe życie spędziła szukając siebie w umysłach miernych mężczyzn. Mężczyźni, myślała, sunąc palcami po skórze swoich kochanków, są jak klawisze fortepianu. Wystarczyło nacisnąć, aby uzyskać spodziewany dźwięk, co nie było trudne dla kogoś, kto w grze był wprawiony. Lorraine kochała grać. Odnajdywała się w tchnącym precyzją wymiarze czerni i bieli, tak jak odnajdywała się w relacjach z mężczyznami, bo wszystkie te relacje były poniekąd jej sposobem na realizację samej siebie. Kiedy jej palce przebiegały po klawiszach, to było jak popieprzona, mentalna masturbacja, której zamiast jęków rozkoszy towarzyszyły dźwięki klasycznych kompozycji.
Lorraine była wilą, ale była też kobietą, więc kiedy chciała ustawić się w pozycji władzy robiła to tak, jak robiły to kobiety: grając wątłą, bezbronną i słabowitą. Atreus miał rację, rozważała chłodno, lubiła grać przy mężczyznach ofiarę, choć sama nigdy się za ofiarę nie uważała, bo kiedy oni manipulowali nią, ona manipulowała nimi. Lorraine manipulowała wszystkimi... Lorraine manipulowała najbardziej samą sobą. Zatracić się we własnych manipulacjach było niemal tak łatwo, jak zatracić w muzyce.
Zwracała wtedy wzrok w stronę Eden.
Gdy Lorraine patrzyła na szlachetny profil Eden, doceniała przede wszystkim estetyczne skontrastowanie rezolutnie poglądających na świat, ciemnych oczu z otaczającą jej głowę świetlistą aureolą jasnych włosów: czerń i biel, choć te nie przywodziły na myśl klawiszy fortepianu, nie, rozważała cicho Lorraine, patrząc z czułością na kuzynkę – na jej dumnie uniesiony podbródek, ostro zarysowane kości policzkowe i elegancko wykrojone usta, pięknie układające się w wyniosłe uśmiechy. Gdy Lorraine patrzyła na Eden, czuła się tak, jak gdyby patrzyła na szachownicę i na stojącą na czarnym polu figurę białej królowej z bijącą od niej aurą wyższości.
Eden Malfoy była kobietą, której również zależało na jej pozycji w świecie, ale nie szukała tej pozycji tak, jak zwykły to robić inne kobiety. Jak zwykła to robić Lorraine. Eden Malfoy była bowiem kobietą niezwykłą. Przypominała Lorraine, że królowa jest najsilniejszą figurą na szachownicy. Tak jak król mogła poruszać się po wszystkich polach i we wszystkich kierunkach... Ale w przeciwieństwie do króla, miała nieograniczoną możliwość ruchu.
– Który z nich nie jest mierny? – spytała Lorraine. Niefrasobliwy ton, którym wypowiedziała te słowa, nie pasował do jej spojrzenia. Ciekawość błyszczała w jej oczach, tak jak błyszczały diamenty z tiary Ondyny pogrzebane w mule jeziora. Choć Eden mówiła ironicznie, za ironicznymi słowami zawsze kryło się coś więcej, coś, co dla Lorraine mogło stanowić naukę, bo w ironii zbyt często kryła się prawda.
Prawda była taka, że Lorraine we wszystkich mężczyznach próbowała odnaleźć siebie. Próbowała odnaleźć siebie w Atreusie, w Otto, w Oleandrze... W Maeve szukała zaś czegoś więcej. Dzięki Maeve zrozumiała, że liczy się coś więcej. Maeve, której z tego właśnie powodu zdedykowała swój dzisiejszy występ. Niepoznawalna bogini Ondyna skryła się przed śmiertelnikiem w wodach jeziora, pozostając niepoznaną. Czy Ondyną była Lorraine, która na wczorajszym przyjęciu pozwoliła ponieść się pasji i grała, tonąc w dźwiękach kompozycji jak we własnej namiętności – tylko po to, aby na dzisiejszym koncercie móc skryć tę burzliwą namiętność pod gładką taflą opanowania? Czy Ondyną była może Maeve, która miała tyle twarzy, mieniących się jak wody jeziora w świetle nocnej łuny, że nikt nie znał tej prawdziwej, jak księżyc, nigdy nie pokazujący całej swej twarzy? Nie. Ondyną była łącząca je miłość, która pozostawała skryta przed wszystkimi w odmętach ich serc.
Przycisnęła bukiet lilii bliżej piersi, przesuwając dłonią po zebranych w przepyszne kielichy płatkach, w dotyku przypominających aksamit. To nie płatki lilii pragnęła pieścić.
Maeve zapewne bawiła się teraz w dalece przyjemniejszym towarzystwie, pozwalając, aby słodkie wino płynęło tak, jak płynęły słodkie dźwięki piosenek miłosnych śpiewanych jej na ucho przez damy z Kościanego. Czy ich palce sunęły po ciele Maeve tak jak palce Lorraine sunęły wcześniej po klawiszach fortepianu, ze skupieniem, rewerencją, z uczuciem? Nawet nie mogła mieć do niej o to pretensji: nie śmiałaby przecież odmawiać jej tych prostych uciech, nie, kiedy sama upajała się blichtrem spędzonej na salonach nocy. Lorraine była przecież tutaj, a Maeve była tam.
Tam, czyli w domu. Na Nokturnie.
Niechętnie wróciła myślami do sióstr Parkinson i ich uwag na temat Nokturnu. Pozwoliła kuzynce bawić się swoimi włosami, mimowolnie przechylając głowę bliżej, jak gdyby była jedną z lalek, którymi Eden mogła bawić się w dzieciństwie: nie "jedną z lalek", pomyślała, tylko ulubioną z lalek, uśmiechając się lekko, kiedy kuzynka założyła opadający jej na twarz kosmyk za ucho. Zawsze z pewnym sentymentem zerkała na porcelanowe lalki ze sklepowych witryn, nawet wtedy, kiedy dawno już z lalek wyrosła: były piękne, uważała – tak upiornie piękne, że aż brzydkie – były piękne, bo były kruche. Pamiętała, jak Eunice stłukła kiedyś przy niej jedną ze swoich lalek. Porcelanowe skorupy walały się na podłodze pokoju dziecinnego, a ona tylko patrzyła na nie obojętnie. Nie było na tym świecie nic żałośniejszego od popsutej lalki.
"Powiedz tylko słowo, a z dziką chęcią też wręczę mu wiązankę, choć niezłożoną z kwiatów."
– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedziała pogodnie. – Wiara uczy, że przebaczenie jest cnotą silnych, a Matka... Nie pierwszy wystawia moją wiarę na próbę. – Porcelanowa była też niegdyś skóra Lorraine, teraz pokrywała ją jednak kość słoniowa, tak jak klawisze fortepianu. Jak wiele czasu musi upłynąć zanim nabierze szlifu diamentu? Niezrażona, uśmiechnęła się do kuzynki. – Sprowokowałabyś tylko mało przychylne komentarze na temat oferty wiązanek pogrzebowych, jaką dysponuje mój zakład – zauważyła – choć stanowiłoby to miłą odmianę dla wszystkich tych zawoalowanych uwag o trupach, trumnach i smrodzie nokturńskich ścieków. Niezwykłym zbiegiem okoliczności właśnie wokół tych tematów krążą rozmowy, kiedy pojawiam się w towarzystwie. Cały czas tylko: "co sądzisz o pracy u podstaw, Lorraine?" – zaćwierkała słodko. – "Zastanawiam się, czy wilgotne powietrze Nokturnu nie wpływa negatywnie na instrumenty. Jak często twój fortepian wymaga strojenia?" Och, albo moje ulubione: "musimy spotykać się częściej niż na pogrzebach, kochana!" – Kącik ust półwili zardgał w zdegustowaniu. – Nie, Eden, nie pozwoliłabym, abyś narażała się dla mnie na nieprzyjemności. Choć wiem, że jesteś ponad to, ale ja... Ja wciąż się tego uczę. – Wytrzymała przenikliwe spojrzenie kuzynki, choć oczy Eden potrafiły prześwidrować człowieka na wylot jak oczy legilimentki. – Próbuję sobie powtarzać, że ich słowa są bez znaczenia, bo nieważne co zrobię – nieważne, jak pięknie zagram, pomyślała – nie uniknę obmowy. To tylko słowa... Słowa mają moc, ale tylko taką moc, jaką my sami decydujemy się im nadać. Chcę wierzyć w twoje słowa, Eden.
Gdy Eden stwierdziła, że nie ma czasu na miernych mężczyzn, tylko uśmiechnęła się lekko. Lorraine Malfoy całe życie spędziła szukając siebie w umysłach miernych mężczyzn. Mężczyźni, myślała, sunąc palcami po skórze swoich kochanków, są jak klawisze fortepianu. Wystarczyło nacisnąć, aby uzyskać spodziewany dźwięk, co nie było trudne dla kogoś, kto w grze był wprawiony. Lorraine kochała grać. Odnajdywała się w tchnącym precyzją wymiarze czerni i bieli, tak jak odnajdywała się w relacjach z mężczyznami, bo wszystkie te relacje były poniekąd jej sposobem na realizację samej siebie. Kiedy jej palce przebiegały po klawiszach, to było jak popieprzona, mentalna masturbacja, której zamiast jęków rozkoszy towarzyszyły dźwięki klasycznych kompozycji.
Lorraine była wilą, ale była też kobietą, więc kiedy chciała ustawić się w pozycji władzy robiła to tak, jak robiły to kobiety: grając wątłą, bezbronną i słabowitą. Atreus miał rację, rozważała chłodno, lubiła grać przy mężczyznach ofiarę, choć sama nigdy się za ofiarę nie uważała, bo kiedy oni manipulowali nią, ona manipulowała nimi. Lorraine manipulowała wszystkimi... Lorraine manipulowała najbardziej samą sobą. Zatracić się we własnych manipulacjach było niemal tak łatwo, jak zatracić w muzyce.
Zwracała wtedy wzrok w stronę Eden.
Gdy Lorraine patrzyła na szlachetny profil Eden, doceniała przede wszystkim estetyczne skontrastowanie rezolutnie poglądających na świat, ciemnych oczu z otaczającą jej głowę świetlistą aureolą jasnych włosów: czerń i biel, choć te nie przywodziły na myśl klawiszy fortepianu, nie, rozważała cicho Lorraine, patrząc z czułością na kuzynkę – na jej dumnie uniesiony podbródek, ostro zarysowane kości policzkowe i elegancko wykrojone usta, pięknie układające się w wyniosłe uśmiechy. Gdy Lorraine patrzyła na Eden, czuła się tak, jak gdyby patrzyła na szachownicę i na stojącą na czarnym polu figurę białej królowej z bijącą od niej aurą wyższości.
Eden Malfoy była kobietą, której również zależało na jej pozycji w świecie, ale nie szukała tej pozycji tak, jak zwykły to robić inne kobiety. Jak zwykła to robić Lorraine. Eden Malfoy była bowiem kobietą niezwykłą. Przypominała Lorraine, że królowa jest najsilniejszą figurą na szachownicy. Tak jak król mogła poruszać się po wszystkich polach i we wszystkich kierunkach... Ale w przeciwieństwie do króla, miała nieograniczoną możliwość ruchu.
– Który z nich nie jest mierny? – spytała Lorraine. Niefrasobliwy ton, którym wypowiedziała te słowa, nie pasował do jej spojrzenia. Ciekawość błyszczała w jej oczach, tak jak błyszczały diamenty z tiary Ondyny pogrzebane w mule jeziora. Choć Eden mówiła ironicznie, za ironicznymi słowami zawsze kryło się coś więcej, coś, co dla Lorraine mogło stanowić naukę, bo w ironii zbyt często kryła się prawda.
Prawda była taka, że Lorraine we wszystkich mężczyznach próbowała odnaleźć siebie. Próbowała odnaleźć siebie w Atreusie, w Otto, w Oleandrze... W Maeve szukała zaś czegoś więcej. Dzięki Maeve zrozumiała, że liczy się coś więcej. Maeve, której z tego właśnie powodu zdedykowała swój dzisiejszy występ. Niepoznawalna bogini Ondyna skryła się przed śmiertelnikiem w wodach jeziora, pozostając niepoznaną. Czy Ondyną była Lorraine, która na wczorajszym przyjęciu pozwoliła ponieść się pasji i grała, tonąc w dźwiękach kompozycji jak we własnej namiętności – tylko po to, aby na dzisiejszym koncercie móc skryć tę burzliwą namiętność pod gładką taflą opanowania? Czy Ondyną była może Maeve, która miała tyle twarzy, mieniących się jak wody jeziora w świetle nocnej łuny, że nikt nie znał tej prawdziwej, jak księżyc, nigdy nie pokazujący całej swej twarzy? Nie. Ondyną była łącząca je miłość, która pozostawała skryta przed wszystkimi w odmętach ich serc.
Przycisnęła bukiet lilii bliżej piersi, przesuwając dłonią po zebranych w przepyszne kielichy płatkach, w dotyku przypominających aksamit. To nie płatki lilii pragnęła pieścić.
Maeve zapewne bawiła się teraz w dalece przyjemniejszym towarzystwie, pozwalając, aby słodkie wino płynęło tak, jak płynęły słodkie dźwięki piosenek miłosnych śpiewanych jej na ucho przez damy z Kościanego. Czy ich palce sunęły po ciele Maeve tak jak palce Lorraine sunęły wcześniej po klawiszach fortepianu, ze skupieniem, rewerencją, z uczuciem? Nawet nie mogła mieć do niej o to pretensji: nie śmiałaby przecież odmawiać jej tych prostych uciech, nie, kiedy sama upajała się blichtrem spędzonej na salonach nocy. Lorraine była przecież tutaj, a Maeve była tam.
Tam, czyli w domu. Na Nokturnie.
Niechętnie wróciła myślami do sióstr Parkinson i ich uwag na temat Nokturnu. Pozwoliła kuzynce bawić się swoimi włosami, mimowolnie przechylając głowę bliżej, jak gdyby była jedną z lalek, którymi Eden mogła bawić się w dzieciństwie: nie "jedną z lalek", pomyślała, tylko ulubioną z lalek, uśmiechając się lekko, kiedy kuzynka założyła opadający jej na twarz kosmyk za ucho. Zawsze z pewnym sentymentem zerkała na porcelanowe lalki ze sklepowych witryn, nawet wtedy, kiedy dawno już z lalek wyrosła: były piękne, uważała – tak upiornie piękne, że aż brzydkie – były piękne, bo były kruche. Pamiętała, jak Eunice stłukła kiedyś przy niej jedną ze swoich lalek. Porcelanowe skorupy walały się na podłodze pokoju dziecinnego, a ona tylko patrzyła na nie obojętnie. Nie było na tym świecie nic żałośniejszego od popsutej lalki.
"Powiedz tylko słowo, a z dziką chęcią też wręczę mu wiązankę, choć niezłożoną z kwiatów."
– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedziała pogodnie. – Wiara uczy, że przebaczenie jest cnotą silnych, a Matka... Nie pierwszy wystawia moją wiarę na próbę. – Porcelanowa była też niegdyś skóra Lorraine, teraz pokrywała ją jednak kość słoniowa, tak jak klawisze fortepianu. Jak wiele czasu musi upłynąć zanim nabierze szlifu diamentu? Niezrażona, uśmiechnęła się do kuzynki. – Sprowokowałabyś tylko mało przychylne komentarze na temat oferty wiązanek pogrzebowych, jaką dysponuje mój zakład – zauważyła – choć stanowiłoby to miłą odmianę dla wszystkich tych zawoalowanych uwag o trupach, trumnach i smrodzie nokturńskich ścieków. Niezwykłym zbiegiem okoliczności właśnie wokół tych tematów krążą rozmowy, kiedy pojawiam się w towarzystwie. Cały czas tylko: "co sądzisz o pracy u podstaw, Lorraine?" – zaćwierkała słodko. – "Zastanawiam się, czy wilgotne powietrze Nokturnu nie wpływa negatywnie na instrumenty. Jak często twój fortepian wymaga strojenia?" Och, albo moje ulubione: "musimy spotykać się częściej niż na pogrzebach, kochana!" – Kącik ust półwili zardgał w zdegustowaniu. – Nie, Eden, nie pozwoliłabym, abyś narażała się dla mnie na nieprzyjemności. Choć wiem, że jesteś ponad to, ale ja... Ja wciąż się tego uczę. – Wytrzymała przenikliwe spojrzenie kuzynki, choć oczy Eden potrafiły prześwidrować człowieka na wylot jak oczy legilimentki. – Próbuję sobie powtarzać, że ich słowa są bez znaczenia, bo nieważne co zrobię – nieważne, jak pięknie zagram, pomyślała – nie uniknę obmowy. To tylko słowa... Słowa mają moc, ale tylko taką moc, jaką my sami decydujemy się im nadać. Chcę wierzyć w twoje słowa, Eden.