02.01.2025, 18:57 ✶
– Bardzo pani dziękuję – zapewniła Brenna z tym samym uśmiechem. – Nie musi pani sobie robić kłopotu – dorzuciła jeszcze w kwestii herbaty. Całkiem szczerze: nie była pewna, jak przebiegnie rozmowa z Enzo, i tak naprawdę – wbrew listownej zapowiedzi wyjca – nie zamierzała na niego krzyczeć, za to podejrzewała, że powinna przebiec bez świadków.
Weszła po schodach szybkim tempem, i już miała wtargnąć do sypialni, gdy kątem oka dostrzegła stan pracowni. Cofnęła się o krok i przez moment kontemplowała jej stan: manekin, z którego zdarto ubranie, puste wieszaki, starannie ułożone narzędzia.
Brenna nie znała się na szyciu, a raczej znała się na tyle, by móc ocenić, czy prezentowana jej sukienka została stworzona przez kogoś, kto zna się na rzemiośle, czy nie: sama nie potrafiła jednak uszyć nawet sukienki dla lalki. To była jedna z jej największych życiowych porażek – gdy chrześnica poprosiła o pomoc z ubrankiem lalki, a potem uznała, że jednak lepiej poradzi sobie z tą spódniczką sama. Prawdę mówiąc szczytem jej umiejętności było zszycie drobnej dziury, a i to robiła nie do końca równo. Ale bywała w pracowniach krawieckich wiele razy – nawet jeśli po Dolinie Godryka biegała w znoszonych spodniach, a w Ministerstwie w szarych i białych koszulach, nudnych i pozbawionych ozdób, była wciąż córką Potterówny. Kupowała sukienki dla siebie i nieskończenie wiele razy zamawiała kreacje dla Mavelle, Danielle i Lucy, które czasem nie mogły pozwolić sobie na zakup kolejnego, naprawdę eleganckiego stroju, a czasem po prostu nie chciały (ta pierwsza jęcząc, że przecież spodnie na balu to nic takiego, a ta trzecia, bo czasem zdawała się uważać, że rodzina najchętniej zamknęłaby ją w jakimś schowku).
Nawet jeżeli projektant czy krawiec nad niczym nie pracował w danej chwili, nie było mowy, aby po pomieszczeniu nie poniewierały się rysunki i skrawki materiałów. By nigdzie nie było gotowych albo prawie gotowych projektów.
Ta pracownia nie opustoszała bez powodu, a zasiane to spustoszenie było wyrwą w sercu Remingtona. I Brenna nie była pewna, czy to chwilowa, gwałtowna reakcja artysty, którego często ponosiły emocje, zwłaszcza gdy szło o jego sztukę, czy może coś znacznie głębszego.
Ale przyszła przecież się tego dowiedzieć.
A poza tym właśnie uznała, że jeśli trzeba będzie, posadzi Enzo z nitką, igłą i kawałkiem materiału choćby za pomocą przemocy.
Odwróciła się do pracowni, a potem zapukała w drzwi. Odczekała grzecznie jakieś piętnaście sekund, a jeśli nie padły jakieś okrzyki w rodzaju „akurat się ubieram”, szarpnęła za klamkę. Dziś zamierzała być tym najgorszym rodzajem gościa: niezaproszonym, niezapowiedzianym, narzucającym się gospodarzowi i odmawiającym wyjścia, dopóki nie wezwie się glin.
– Cześć – przywitała się, mierząc go spojrzeniem. A potem się uśmiechnęła. – Idziemy z wersją „teraz wygłaszam wykład jak McGonagall, żeby przypomnieć gryfońskie złote lata” czy z tą krótką, w której daję ci po głowie i wrzucam do pracowni?
Weszła po schodach szybkim tempem, i już miała wtargnąć do sypialni, gdy kątem oka dostrzegła stan pracowni. Cofnęła się o krok i przez moment kontemplowała jej stan: manekin, z którego zdarto ubranie, puste wieszaki, starannie ułożone narzędzia.
Brenna nie znała się na szyciu, a raczej znała się na tyle, by móc ocenić, czy prezentowana jej sukienka została stworzona przez kogoś, kto zna się na rzemiośle, czy nie: sama nie potrafiła jednak uszyć nawet sukienki dla lalki. To była jedna z jej największych życiowych porażek – gdy chrześnica poprosiła o pomoc z ubrankiem lalki, a potem uznała, że jednak lepiej poradzi sobie z tą spódniczką sama. Prawdę mówiąc szczytem jej umiejętności było zszycie drobnej dziury, a i to robiła nie do końca równo. Ale bywała w pracowniach krawieckich wiele razy – nawet jeśli po Dolinie Godryka biegała w znoszonych spodniach, a w Ministerstwie w szarych i białych koszulach, nudnych i pozbawionych ozdób, była wciąż córką Potterówny. Kupowała sukienki dla siebie i nieskończenie wiele razy zamawiała kreacje dla Mavelle, Danielle i Lucy, które czasem nie mogły pozwolić sobie na zakup kolejnego, naprawdę eleganckiego stroju, a czasem po prostu nie chciały (ta pierwsza jęcząc, że przecież spodnie na balu to nic takiego, a ta trzecia, bo czasem zdawała się uważać, że rodzina najchętniej zamknęłaby ją w jakimś schowku).
Nawet jeżeli projektant czy krawiec nad niczym nie pracował w danej chwili, nie było mowy, aby po pomieszczeniu nie poniewierały się rysunki i skrawki materiałów. By nigdzie nie było gotowych albo prawie gotowych projektów.
Ta pracownia nie opustoszała bez powodu, a zasiane to spustoszenie było wyrwą w sercu Remingtona. I Brenna nie była pewna, czy to chwilowa, gwałtowna reakcja artysty, którego często ponosiły emocje, zwłaszcza gdy szło o jego sztukę, czy może coś znacznie głębszego.
Ale przyszła przecież się tego dowiedzieć.
A poza tym właśnie uznała, że jeśli trzeba będzie, posadzi Enzo z nitką, igłą i kawałkiem materiału choćby za pomocą przemocy.
Odwróciła się do pracowni, a potem zapukała w drzwi. Odczekała grzecznie jakieś piętnaście sekund, a jeśli nie padły jakieś okrzyki w rodzaju „akurat się ubieram”, szarpnęła za klamkę. Dziś zamierzała być tym najgorszym rodzajem gościa: niezaproszonym, niezapowiedzianym, narzucającym się gospodarzowi i odmawiającym wyjścia, dopóki nie wezwie się glin.
– Cześć – przywitała się, mierząc go spojrzeniem. A potem się uśmiechnęła. – Idziemy z wersją „teraz wygłaszam wykład jak McGonagall, żeby przypomnieć gryfońskie złote lata” czy z tą krótką, w której daję ci po głowie i wrzucam do pracowni?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.