02.01.2025, 22:09 ✶
Brenna nie miała pojęcia, jak Geraldine potraktowała Thomasa: nie wiedziała o posłanym mu liście, spotkaniach, o pikniku i o tym, że gdy Yaxleyówna teraz znów umawiała się z kimś innym. Być może nie uśmiechałaby się do niej tak pogodnie, gdyby o tym wiedziała, bo Thomas był jej przyjacielem i naprawdę porządnym chłopakiem, a nawet jeżeli Geraldine niczego mu nie obiecywała, Hardwick nie przypominał jej innych, przelotnych miłostek.
Dla niektórych to było nic wielkiego, dla innych – ostry odłamek, raniący prosto w serce.
– Uważaj… – zaczęła ostrzegawczo, ale nie zdążyła: Gałgan, ledwo Geraldine wyciągnęła rękę, dał upust swojej sympatii, próbując na nią skoczyć. Czy zwierzęta wyczuwały demony? Czy skoro Gałgan reagował tak pozytywnie, to znaczyło, że wszystko jest w porządku? - …skacze – dokończyła, uśmiechając się przepraszająco. – I będzie teraz oczekiwał głaskania przez kolejne dziesięć lat.
Pies był najbardziej przyjacielskim i najbardziej energicznym ze zwierzaków Longbottomów: a poza tym wciąż chyba trochę tęsknił za Mavelle. Wprawdzie wpakowywał się ostatnio regularnie do łóżka pana Crawleya i Brenna odetchnęła, że psie serce nie zostało złamane – na szczęście domowników było sporo, i nie zdążył też aż tak przyzwyczaić się do Mavelle przez te parę miesięcy – ale i tak szukał uwagi każdego, kto chciał tę ofiarować.
– W takim razie zaraz przyniosę kawę na huśtawkę. Możesz go zabrać ze sobą, ale ostrzegam, że pewnie spróbuje wpakować ci się na kolana – stwierdziła. W ogrodzie Longbottomów wisiała i „normalna” huśtawka, i stała spora, drewniana, bujana, idealna zarówno na spędzanie na niej ciepłych, letnich wieczorów, jak i do takich rozmów, jaka je czekała. Poranek był już trochę chłodny: na trawie osiadła rosa, słońce nie grzało jeszcze dostatecznie mocno, aby znikł w pełni chłód nocy, a w powietrzu czuć było nadciągającą jesień, ale wciąż jeszcze trwało lato.
Do jego końca zostało siedemnaście dni. Brenna odliczała je, wciąż uczepiona wizji wuja, jesiennych liści, myśli o tym, że ogień miał nadejść jesienią.
Wycofała się do kuchni, gdzie nalała kawy z podgrzewanego dzbanka do dwóch kubków, a potem dorzuciła na talerzyk kilka małych kanapek, część z serem i jajkiem, część z szynką i pomidorem. Sama nie zjadła jeszcze śniadania i podejrzewała, że skoro Geraldine nie zdążyła wypić kawy, też niczego nie jadła. Ułożyła to wszystko na tacy i chwilę później dołączyła do Yaxleyówny w sadzie.
– Słyszałam już, że Biuro Aurorów dostało zgłoszenie w sprawie śmierci mężczyzny, który kontaktował się z jednym z tych stworów – powiedziała, siadając. – To o tyle dziwne, że nie wydawały mi się… możliwe do kontaktu z kimkolwiek.
Ale mogła się mylić: dementorzy przecież do pewnego stopnia byli rozumni. Po prostu zwykle nie chcieli słuchać.
Dla niektórych to było nic wielkiego, dla innych – ostry odłamek, raniący prosto w serce.
– Uważaj… – zaczęła ostrzegawczo, ale nie zdążyła: Gałgan, ledwo Geraldine wyciągnęła rękę, dał upust swojej sympatii, próbując na nią skoczyć. Czy zwierzęta wyczuwały demony? Czy skoro Gałgan reagował tak pozytywnie, to znaczyło, że wszystko jest w porządku? - …skacze – dokończyła, uśmiechając się przepraszająco. – I będzie teraz oczekiwał głaskania przez kolejne dziesięć lat.
Pies był najbardziej przyjacielskim i najbardziej energicznym ze zwierzaków Longbottomów: a poza tym wciąż chyba trochę tęsknił za Mavelle. Wprawdzie wpakowywał się ostatnio regularnie do łóżka pana Crawleya i Brenna odetchnęła, że psie serce nie zostało złamane – na szczęście domowników było sporo, i nie zdążył też aż tak przyzwyczaić się do Mavelle przez te parę miesięcy – ale i tak szukał uwagi każdego, kto chciał tę ofiarować.
– W takim razie zaraz przyniosę kawę na huśtawkę. Możesz go zabrać ze sobą, ale ostrzegam, że pewnie spróbuje wpakować ci się na kolana – stwierdziła. W ogrodzie Longbottomów wisiała i „normalna” huśtawka, i stała spora, drewniana, bujana, idealna zarówno na spędzanie na niej ciepłych, letnich wieczorów, jak i do takich rozmów, jaka je czekała. Poranek był już trochę chłodny: na trawie osiadła rosa, słońce nie grzało jeszcze dostatecznie mocno, aby znikł w pełni chłód nocy, a w powietrzu czuć było nadciągającą jesień, ale wciąż jeszcze trwało lato.
Do jego końca zostało siedemnaście dni. Brenna odliczała je, wciąż uczepiona wizji wuja, jesiennych liści, myśli o tym, że ogień miał nadejść jesienią.
Wycofała się do kuchni, gdzie nalała kawy z podgrzewanego dzbanka do dwóch kubków, a potem dorzuciła na talerzyk kilka małych kanapek, część z serem i jajkiem, część z szynką i pomidorem. Sama nie zjadła jeszcze śniadania i podejrzewała, że skoro Geraldine nie zdążyła wypić kawy, też niczego nie jadła. Ułożyła to wszystko na tacy i chwilę później dołączyła do Yaxleyówny w sadzie.
– Słyszałam już, że Biuro Aurorów dostało zgłoszenie w sprawie śmierci mężczyzny, który kontaktował się z jednym z tych stworów – powiedziała, siadając. – To o tyle dziwne, że nie wydawały mi się… możliwe do kontaktu z kimkolwiek.
Ale mogła się mylić: dementorzy przecież do pewnego stopnia byli rozumni. Po prostu zwykle nie chcieli słuchać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.