Zrodzili się z przeciwieństw i do przeciwieństw dążyli.
Stres narastał w Astarothcie i zaciskał się na nim jak wąż dusiciel wokół swojej ofiary. Niezależnie od tego, czy prezentował ten charakterystyczny wyraz twarzy niepewności, czy właśnie szelmowsko się uśmiechał, albo w znużeniu spoglądał przed siebie - zawsze był tak samo przystojny. Jego twarz wykuta w marmurze wyglądała dobrze przystrojona w każdą zmarszczkę, każdy grymas. Mrugnął i przez tę sekundę znów dostrzegał głód, kły, pragnienie, którego nie potrafił ujarzmić. Gra świateł opowiadała historie o niebezpieczeństwach, które się nawet do nas nie zbliżały. Tańczyły pod czaszką jak odbicia na wodzie - niewyraźne i splątane. Rozmyte tak samo, jak rozmywały się kręgi na wodzie.
Laurent usiadł i był spokojny. Wyczerpany doszczętnie z negatywów, wyzuty jak szmata wyciągnięta z wody po praniu. Gdy już usiadł to choć było czego się bać, chyba nagle nie miał na to do końca siły. Pewnie dlatego delikatne uśmiechnięcie się do tego młodego mężczyzny przyszło mu z taką łatwością. A może dlatego, że nie bacząc na naturę wampira, Astaroth Yaxley nie był złym człowiekiem. Chciał dobrze - dlatego tak bardzo bolało, kiedy mu się nie udawało. Miał osobę, która pozwalała żywić mu się swoją krwią, ale na jak długo? Alternatywa czekała - Victoria tworzyła eliksiry. Teraz siedzieli jednak nad innymi eliksirami. Takimi, do których nie potrzebne były wybitne zdolności alchemiczne.
- Tylko głupcy się nie boją. - Drapieżników, którzy byli w ich otoczeniu. Strach strachowi nierówny, jak i lęki się od siebie różniły. Ten delikatny strach, kiedy zagrożenie jest tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki, nie był podobny do tego strachu, którzy odczuwali ludzie stający przed nundu. Laurenta instynkt samozachowawczy - zawsze było z nim coś nie tak. - Czemu miałaby odrażać? - Jego łagodny uśmiech pogłębił się. Ciepły ton, spokojny i cichy - brzmiał tak, jakby nic się nie stało. Zapomniana noc, zapomniane krzywdy, a przynajmniej wybaczone. Bo to nie była noc, o której mógłby zapomnieć. Była jedną z tych, które naprawdę mocno go wykończyły.
Mówił o ofiarowaniu Śmierci, a Laurent uśmiechał się, jak na Życie przystało. Bo to też jedyne, co mógł mu zaoferować.
- To nieprawda. Nie szukaj tylko własnej winy tam, gdzie byłeś wystawiany na pokuszenie. Wiesz, ile historia zna przypadków, gdy człowiek zjadał człowieka? - Być może nie wiedział, a Laurent pewnie nie znał nawet jednej setnej z tych makabrycznych historii. Nie interesowały go. Były przerażające. Mógłby kontynuować, by się nie obwiniał, by pogodził się ze swoją naturą - i gdzie wtedy by się spotkali? - Jestem łaskawym bogiem, który Śmierć również przyjmuje w darze. - Jakże nie pasowało to ciepło i łagodność uśmiechu do tego, co właśnie powiedział. I tak symfonia grała między nimi. Laurenta interesował ten dar. Wszystko dlatego, że była jedna osoba, którą naprawdę chciał zabić.