Ministerstwo miało jeden, główny problem i nie chodziło tym razem stricte o pewną nadgorliwą gryfonkę. Problem, którym była Brenna Longbottom, a raczej brak dodatków motywacyjnych za konieczność pełnienia służby z wyżej wymienioną reprezentantką służb bezpieczeństwa. No bo nie oszukujmy się, kto jak kto, ale Brenna to akurat przyciągała niebezpieczeństwo, dziwnych ludzi i wszelkiej maści problemy. Niektórzy mówili, że "wypadki chodzą po ludziach" - nic bardziej mylnego. Wypadki chodziły za Brenną, która się o nie prosiła, a może wręcz wymagała ich od życia. To nie było najgorsze, wszak dużo gorszy był fakt, że to akurat Stanley był teraz na pierwszej linii zagrożenia tymi Longbottomowskimi fanaberami związanymi z poszukiwaniem wrażeń... często bolesnych wrażeń.
- Cóż... Jestem niemalże święcie przekonany, że przysięga małżeńska brzmi odrobinę inaczej, niż... - uniósł brew w zdziwieniu na to co miał za chwilę powiedzieć - Będę lał cię aż do śmierci...? - dokończył, chociaż głos miał niepewny, zupełnie jakby nie miało to najmniejszego sensu. Tak też było, ponieważ Borgin nie tolerował bicia kobiet. Może z małym wyjątkiem pojedynków i porachunków rodzinnych, które nie były obce jego najbliższym. Ba! Sami byli zaangażowani w tego typu sprawy ale to historia na kiedy indziej.
Kiedy Brenna ponownie spróbowała perswazji, udało się usłyszeć ze środka chwilowe poruszenie - jakby ktoś przewracał coś ciężkiego, zupełnie jak stół, a następnie za niego przeskakiwał.
- Nikogo nie ma w środku! - rozległ się niski, odrobinę piskliwy męski głos - Możecie odejść! - zakomunikował, przewracając przy tym jakiś słoik.
Dla Stanley był to prosty komunikat - nikogo w środku nie było, więc sprawa się rozwiązała sama i mogli wrócić do Ministerstwa, aby napić się kawy albo porozwiązywać krzyżówki. Niestety, Longbottom miała w swoich oczach taki płomyczek nadziei, że zaraz dojdzie do rękoczynów, co nie napawało optymizmem Borgina.
- No to co... - zwrócił się do swojej dzisiejszej towarzyszki - Chyba trzeba wracać skoro nikogo nie ma... - zasugerował, chociaż jego pomysł wydawał się nie mieć poparcia w tym momencie - Albo... nie...? - poprawił się szybko, przewracając przy okazji oczami. Cholerna Brenna przeklinał ją pod nosem. Dlaczego musiała być taka uparta? Z Atreusem na pewno by coś takiego przeszło i już dawno siedzieliby ponownie za biurkami.
- Dobra. To ja może spróbuję się dostać do środka - zaproponował, nie czekając na reakcję - Panie Brunonie! Za chwilę użyjemy środków przymusu bezpośredniego, aby dostać się do pana i upewnić się, że wszystko jest w porządku - dodał, celując różdżką w kierunku drzwi od zamka. Ministerstwo miało bardzo ciekawe nazewnictwo na "wtargnięcie z włamaniem", którego mieli za chwilę dokonać.
- Mówiłem, że nikogo nie ma! Nic tu się nie dzieje! - krzyczał rozwścieczony - Idźcie stąd parszydła albo stanie wam się krzywda! Ostrzegam po raz ostatni! - zdążył dokończyć, a dało się usłyszeć nóż czy inny tasak, który wbił się w jakiś mebel wewnątrz pomieszczenia. Brunon ewidentnie nie żartował.
- Nie obejdzie się chyba bez rękoczynów... - skomentował zachowanie ich nieco nadgorliwego kolegi za ścianą. Nie czekając na to, aż cukiernik zacznie realizować swój plan, zakręcił różdżką, próbując otworzyć zamek.
Stanley nie był tylko pewny czy powinien ostrzec Brennę, aby się tam nie pchała od razu, ponieważ nie widziało mu się spędzenie reszty wieczoru w świętym Mungu, bo panie bohaterka postanowiła ratować tegoroczny wypiek pierników. Nic z tych rzeczy!
Dwa rzuty na próbę otworzenia zamka w drzwiach. Korzystam z kształtowania.
Sukces!
Akcja nieudana
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972