To lato nie było łatwe dla Geraldine. Sporo działo się w jej życiu, próbowała jakoś znaleźć swoją ścieżkę, jednak szło jej to raczej nie najlepiej. Była mocno zagubiona, podejmowała irracjonalne decyzje, które mogły ranić osoby, które znała. Nie była z tego szczególnie dumna, ale w ten sposób odreagowywała cały stres, który pojawił się w jej życiu, może było to nieco egoistyczne, ale nie zamierzała się teraz nad tym zastanawiać, liczyła na to, że nadchodząca jesień spowoduje, że wreszcie sobie wszystko ułoży i jakoś się odnajdzie w otaczającym ją świecie, zdecydowanie w mniej destrukcyjny sposób, niż robiła to do tej pory. Nie, żeby aktualnie cokolwiek zwiastowało, że miało się tak stać, zważając na ten początek miesiąca, ale nie chciała tracić nadziei, że te kilka miesięcy będzie dla niej dobre.
- Nie wiem, czy ci mówiłam, ale sama mam dwa psy. - Mogła o tym nie wiedzieć, bo Brenna raczej nie bywała w jej mieszkaniu. Spotykały się na neutralnym gruncie, aby poćwiczyć szermierkę, czy wymienić się jakimiś informacjami. Nie miała zamiaru opowiadać jej o tym, że drugiego z psów sobie przywłaszczyła, bo nie powinna się tym dzielić z funkcjonariuszem prawa. - Zdaję sobie sprawę, że tak się to może skończyć, ale wcale mi to nie przeszkadza. - Dodała z uśmiechem. Mogłaby go głaskać przez najbliższe dziesięć lat, jeśli nadarzy się ku temu okazja.
- Pójdę więc do ogrodu, a to może być całkiem przyjemne obciążenie, czy może być coś lepszego od słodkiego pieseczka na kolanach? - Rzuciła te słowa w eter, chociaż nie dało się nie zauważyć, że gdy wspominała o słodkim pieseczku spoglądała na Gałgana.
Jak powiedziała tak też zrobiła. Udała się w stronę sadu, dostrzegła huśtawkę, a w sumie to nawet dwie, o której wspomniała Longbottomówna. Wybrała tę drewnianą, bujana, bo wydawała jej się być odpowiedniejszym miejscem do odbycia rozmowy, która je czekała.
Rozsiadła się wygodnie i faktycznie stało się tak, jak zapowiedziała znajoma - Gałgan wskoczył jej na kolana. Zareagowała na to uśmiechem, teraz mogła go głaskać bez końca, idealne rozwiązanie. Sierść psa była ciepła i całkiem przyjemna w dotyku, nie przestawała się cieszyć sama do siebie, kiedy go dotykała. Cóż, nawet jej niewiele trzeba było do szczęścia. Brakowało jej takich momentów, kiedy nie musiała się niczym przejmować.
- Biuro dostało informację, bo Atreus był tam ze mną. - Cóż, pewnie nie wspominał o jej obecności, bo dziwnie wyglądałoby to, że współpracowali, skoro ona nie była zatrudniona w ministerstwie. - Przypadkiem na siebie wpadliśmy, i podążylismy za jednym podejrzanym typem. - Przypomniała sobie o tym, że znalazła coś w jego domu. - Właśnie, chwila. - Wyciągnęła z kieszeni swojej koszuli (tak, właściwie to nie swojej, a Roisa) kilka wycinków z gazet, które znalazła podczas przeszukiwania mieszkania Wkurwionego, to był chyba odpowiedni moment, aby pokazać je Brennie. - Ten człowiek zbierał jakieś wycinki, szliśmy za nim, zaprowadził nas do Kniei i chyba zamierzał z nas zrobić kolację dla tego czegoś, udało nam się zwiać. - Cóż inaczej pewnie by przed nią nie siedziała. - On sam nie miał tyle szczęścia, czekaliśmy na niego, ale nie wrócił, okazało się, że ta istota zjadła go zamiast nas. - Nie, żeby było jej szkoda tego mężczyzny, bo przecież on chciał, żeby spotkało ich to samo.