26.01.2023, 16:17 ✶
Z uwagi na zbliżające się wielkimi krokami Beltaine Patrick trochę obawiał się, że Nora miała rację i to na nieszczęście była właśnie taka trochę cisza przed burzą. Nie wiedział tylko jeszcze jak dużą i jak bardzo niszczycielską, ale z racji na ową niewiedzę nastawiać musiał się właściwie na wszystko. Sięgnął po kubek z czarną kawą, gdy ten tylko co pojawił się na blacie. Ostrożnie upił pierwszy łyk.
- Z drugiej strony, może to i lepiej, że wzywają nas do imbryka. Chyba lepiej, że świat magii ciągle jeszcze pozostaje względnie bezpiecznym miejscem – zauważył pozornie lekkim tonem, w którym czaiły się jednak dużo poważniejsze tony.
Patrick nie był czarnowidzem i nie uważał się za czarnowidza, ale jako członek Zakonu Feniksa i człowiek względnie zainteresowany tym, co się działo dookoła niego, widział jak zmieniała się i gęstniała atmosfera czarodziejskiego świata od chwili, w której Lord Voldemort i jego poplecznicy zaczęli się nie tylko organizować, ale również pokazywać.
- Prawda? Po co usprawniać jego funkcjonowanie magią? – podsumował, gdy Nora wspomniała o działaniu samochodów.
Na własne szczęście albo nieszczęście nie miał zielonego pojęcia jak dużą gafę popełnił, nazywając klubokawiarnię Nory piekarnią. Na swoją obronę miał tylko tyle, że naprawdę nie miał złych intencji. Rozglądał się z zaciekawieniem po miejscu, do którego wprowadziła go właścicielka.
Usiadł na tym wolnym krześle, które pozostało przy stoliku. Zapatrzył się na pannę Figg z powagą, a potem zmarszczył czoło i pokręcił przecząco głową.
- Spokojnie. Nie mam pretensji ani do Brenny, ani do ciebie. Odwrotnie, cieszę się, że zechciała skorzystać akurat z twojej pomocy. Ufam wam obydwu – zapewnił, nawet jeśli tak naprawdę to nie była to do końca prawda. Prędzej pasowałoby, że wierzył w ich dobre intencje i kompetencje; choć jednakowo zakładał, że gdzieś tam – z czasem – mógł się pojawić jakiś przeciek informacji, który mógłby dotrzeć do popleczników Voldemorta. I jedyne, czego obawiał się w przypadku obydwu kobiet, to konsekwencje, jakie musiałyby ponieść w związku z tym.
Słuchał dalszych słów Nory, upijając przy tym kolejne łyki kawy. Oczywiście nie mógł powiedzieć nic już natychmiast, w tym momencie, w tej sekundzie – bo nie działał w ten sposób, ale sam pomysł wydawał mu się warty przemyślenia i wstępnie bardzo dobry. Więcej eliksirów, maści, nawet świec – dostępnych od ręki – mogłoby pomóc Zakonowi Feniksa. Nie tylko teraz, ale również w trudniejszych czasach – a Patrick byłby durniem, gdyby sądził, że takie czasy nie mogły nadejść. Śmierciożercy robili się coraz bardziej bezczelni, a Ministerstwo Magii nie radziło sobie z nimi tak dobrze jak powinno (gdyby zresztą radziło, po co miałby działać Zakon Feniksa?).
- Ufasz tym osobom? – zapytał powoli. – To ktoś, kto stoi po naszej stronie? – upewnił się.
- Z drugiej strony, może to i lepiej, że wzywają nas do imbryka. Chyba lepiej, że świat magii ciągle jeszcze pozostaje względnie bezpiecznym miejscem – zauważył pozornie lekkim tonem, w którym czaiły się jednak dużo poważniejsze tony.
Patrick nie był czarnowidzem i nie uważał się za czarnowidza, ale jako członek Zakonu Feniksa i człowiek względnie zainteresowany tym, co się działo dookoła niego, widział jak zmieniała się i gęstniała atmosfera czarodziejskiego świata od chwili, w której Lord Voldemort i jego poplecznicy zaczęli się nie tylko organizować, ale również pokazywać.
- Prawda? Po co usprawniać jego funkcjonowanie magią? – podsumował, gdy Nora wspomniała o działaniu samochodów.
Na własne szczęście albo nieszczęście nie miał zielonego pojęcia jak dużą gafę popełnił, nazywając klubokawiarnię Nory piekarnią. Na swoją obronę miał tylko tyle, że naprawdę nie miał złych intencji. Rozglądał się z zaciekawieniem po miejscu, do którego wprowadziła go właścicielka.
Usiadł na tym wolnym krześle, które pozostało przy stoliku. Zapatrzył się na pannę Figg z powagą, a potem zmarszczył czoło i pokręcił przecząco głową.
- Spokojnie. Nie mam pretensji ani do Brenny, ani do ciebie. Odwrotnie, cieszę się, że zechciała skorzystać akurat z twojej pomocy. Ufam wam obydwu – zapewnił, nawet jeśli tak naprawdę to nie była to do końca prawda. Prędzej pasowałoby, że wierzył w ich dobre intencje i kompetencje; choć jednakowo zakładał, że gdzieś tam – z czasem – mógł się pojawić jakiś przeciek informacji, który mógłby dotrzeć do popleczników Voldemorta. I jedyne, czego obawiał się w przypadku obydwu kobiet, to konsekwencje, jakie musiałyby ponieść w związku z tym.
Słuchał dalszych słów Nory, upijając przy tym kolejne łyki kawy. Oczywiście nie mógł powiedzieć nic już natychmiast, w tym momencie, w tej sekundzie – bo nie działał w ten sposób, ale sam pomysł wydawał mu się warty przemyślenia i wstępnie bardzo dobry. Więcej eliksirów, maści, nawet świec – dostępnych od ręki – mogłoby pomóc Zakonowi Feniksa. Nie tylko teraz, ale również w trudniejszych czasach – a Patrick byłby durniem, gdyby sądził, że takie czasy nie mogły nadejść. Śmierciożercy robili się coraz bardziej bezczelni, a Ministerstwo Magii nie radziło sobie z nimi tak dobrze jak powinno (gdyby zresztą radziło, po co miałby działać Zakon Feniksa?).
- Ufasz tym osobom? – zapytał powoli. – To ktoś, kto stoi po naszej stronie? – upewnił się.