03.01.2025, 12:18 ✶
Uśmiechnął się szeroko widząc i słysząc reakcję Electry, zdecydowanie to, że wpadli na siebie było darem od losu, który dawał im drugą szansę, aby zapewne nie szwendali się po korytarzach o tej porze. Cóż to raczej była próżna próba, bo żadne nich nie zamierzało wrócić grzecznie do łóżek.
- Ugh, zostanie woźnym. Wolałbym już sprzedawać bułki na Horyzontalnej - mruknął wzdrygając się na samą myśl ,ze jego kariera mogłaby się po szkole zakończyć na byciu woźnym w Hogwarcie, no to zdecydowanie nie wprawiłoby Charlotte w dumę.
Quidditch, coś czego nie rozumiał Theo, znaczy rozumiał zasady, nie rozumiał tylko czemu wszyscy się nim tak ekscytują i przeżywają. Dobra, gracze to jeszcze zrozumiałe bo brali w tym udział - ale reszta? Nie czas było jednak na rozgryzanie czemu czarodzieje tak lubią oglądać czyjeś zmagania na miotle, które czasami trwały długimi godzinami.
- Sztuciec? Z kuchni? Toż to jak zabranie pierwszakowi czekoladowej żaby. Co się stało z gryfińska odwagą? Czemu nie rzucacie wyzwań, aby zabrać woźnemu bambosze z biura, albo ułożyć na krześle nauczycieli poduszki pierdziuszki? - wygłosił swoją tyradę, bo akurat poza odkryciem jak dostać się do kuchni nie było w tym nic trudnego. Skrzaty tam pracujące jakby mogły to by całą spiżarnie oddały odwiedzającym ich uczniów, zadowolone że mogą się przydać do czegoś. No ale jak prościej dostać się do hogwarckiej kuchni niż spytać o to Puchona.
- Oczywiście, że wiem - powiedział wypinając dumnie pierś, zupełnie jakby pytała czy pływał kiedyś w jeziorze z wielką kałamarnicą. Co zresztą też zamierzał zrobić przed skończeniem szkoły.
- Musisz tylk... - przerwał wpatrując się w coś ponad ramieniem Prewettówny. Dobrze mu się wydawało, że słyszy czyjeś kroki, cień dygoczący na ścianie jasno wskazywał, że ktoś się zbliża w ich kierunku. Podejmować ryzyko spotkania z nauczycielem lub woźny? Aż takim hazardzistą nie było. Szybko rozejrzał się wokół, tak. Były i one!
- Szybko, chodź - syknął jak najciszej nim pociągnął dziewczynę za rękę w stronę schowka na miotły i bezceremonialnie wepchnął ją do środka, samemu też tam wchodząc do kryjówki i zamykając drzwi najciszej jak mógł. Było ciemno i ciasno, jak to w schowku. - Tylko cicho - dodał jeszcze szeptem, aby następnie przyłożyć ucho do drzwi i nasłuchichwać. Po drugiej stronie słychać był coraz wyraźniej czyjeś kroki.
- Ugh, zostanie woźnym. Wolałbym już sprzedawać bułki na Horyzontalnej - mruknął wzdrygając się na samą myśl ,ze jego kariera mogłaby się po szkole zakończyć na byciu woźnym w Hogwarcie, no to zdecydowanie nie wprawiłoby Charlotte w dumę.
Quidditch, coś czego nie rozumiał Theo, znaczy rozumiał zasady, nie rozumiał tylko czemu wszyscy się nim tak ekscytują i przeżywają. Dobra, gracze to jeszcze zrozumiałe bo brali w tym udział - ale reszta? Nie czas było jednak na rozgryzanie czemu czarodzieje tak lubią oglądać czyjeś zmagania na miotle, które czasami trwały długimi godzinami.
- Sztuciec? Z kuchni? Toż to jak zabranie pierwszakowi czekoladowej żaby. Co się stało z gryfińska odwagą? Czemu nie rzucacie wyzwań, aby zabrać woźnemu bambosze z biura, albo ułożyć na krześle nauczycieli poduszki pierdziuszki? - wygłosił swoją tyradę, bo akurat poza odkryciem jak dostać się do kuchni nie było w tym nic trudnego. Skrzaty tam pracujące jakby mogły to by całą spiżarnie oddały odwiedzającym ich uczniów, zadowolone że mogą się przydać do czegoś. No ale jak prościej dostać się do hogwarckiej kuchni niż spytać o to Puchona.
- Oczywiście, że wiem - powiedział wypinając dumnie pierś, zupełnie jakby pytała czy pływał kiedyś w jeziorze z wielką kałamarnicą. Co zresztą też zamierzał zrobić przed skończeniem szkoły.
- Musisz tylk... - przerwał wpatrując się w coś ponad ramieniem Prewettówny. Dobrze mu się wydawało, że słyszy czyjeś kroki, cień dygoczący na ścianie jasno wskazywał, że ktoś się zbliża w ich kierunku. Podejmować ryzyko spotkania z nauczycielem lub woźny? Aż takim hazardzistą nie było. Szybko rozejrzał się wokół, tak. Były i one!
- Szybko, chodź - syknął jak najciszej nim pociągnął dziewczynę za rękę w stronę schowka na miotły i bezceremonialnie wepchnął ją do środka, samemu też tam wchodząc do kryjówki i zamykając drzwi najciszej jak mógł. Było ciemno i ciasno, jak to w schowku. - Tylko cicho - dodał jeszcze szeptem, aby następnie przyłożyć ucho do drzwi i nasłuchichwać. Po drugiej stronie słychać był coraz wyraźniej czyjeś kroki.