03.01.2025, 21:42 ✶
Ach, nie mieściło mi się to w głowie, ta laurentowa postawa, podejmowane decyzje. Zapewne brało się to stąd, że nasze wychowanie było równie podobne, jak i różne. Różnice polegały na walce - gdybym tylko miał okazję, to ubiłbym wampira, który zrobił ze mną to, co zrobił. Laurent... Właściwie to nie wiedziałem, w jaki sposób określić reakcje Laurenta. Możliwe, że głupotą, choć nie chciałem go tak źle oceniać. O zgrozo, choć na początku naszej znajomości również chciałem go ubić, to jednak teraz, po tym bliższym poznaniu, był zbyt spokojny i łagodny... Taki w porządku. Nie chciałem go oczerniać, więc... wolałem wierzyć, że ma jakieś głębsze pobudki, których po prostu nie dostrzegałem. Nie chciałem by był głupcem, naiwniakiem czy amatorem niebezpieczeństwa.
- Nie jestem pewien, czy ten przykład człowieka zjadającego człowieka jest odpowiedni - odezwałem się spokojnie, powoli, choć w środku wszystko się we mnie ściskało. Istny kontrast dla delikatnego głosu Laurenta. Cieszyłem się, że byłem wampirem, bo inaczej musiałbym się udać na bok by jakoś to przetrawić... albo po prostu oddać, meh. Nigdy raczej nie miałem tak silnych reakcji, jeśli chodziło o stres, ale najwyraźniej to również się zmieniło. Jak cały repertuar w moim życiu. Wróóóć, w nieżyciu, egzystencji, potworności.
Jego ostatnie słowa kompletnie mi do niego nie pasowały. Widziałem jego spojrzenie, kiedy byliśmy ostatnim razem w Raju, po akcji w Windermere. Był w szoku.
- To nierozsądne - stwierdziłem, ponownie wracając do niego spojrzeniem. Trochę tego pożałowałem, bo był zbyt blisko, zbyt prawdziwie. Powoli traciłem kontakt, mieszał mi się sen z jawą, ale on teraz... Wydawał się być taki prawdziwy. Zbyt prawdziwy. - By przyjmować w darach również śmierć - uzupełniłem by nie stracić wątku. Chwyciłem za szklankę żeby skupić zmysły na czymś innym.
- Myślę, że to nie jest odpowiedź. Nie dla ciebie - podjąłem po chwili, ponownie wlepiając spojrzenie w tłumy wewnątrz knajpy. Uparcie wpatrywałem się przed siebie, walcząc z ponowną potrzebą spojrzenia na Laurenta. Lepiej było skupiać się na tłumie. Było ich dużo, choć to jeszcze nie były maksymalne możliwości tej nocy. Jeszcze za wcześnie na apogeum, choć humory dopisywały. Wszyscy tacy rozweseleni, rozbawieni, beztroscy. Też taki byłem. - Śmierć ma wiele obliczy, a jedno z nich to wydarzenia w jeziorze Windermere. Nie chciałeś, żeby to tak się skończyło - wyznałem to na głos. Nie chciałem mu wyrzucać tego, że był głupcem, bo wciąż za bardzo go ceniłem by mieszać go z błotem. Myślę, że bardziej chciałem go chronić przed tymi wyborami. Ja miałem ze śmiercią bardzo dużo wspólnego, a jednak kiedy słońce chciało oświetlić moją skórę, pojąłem, że nawet ja nie chciałem kończyć tego... życia? Mojej potworności. Może nie byłem pełnowartościową istotą, ale jednak nie chciałem umierać definitywnie.
- I nie zrozum mnie źle... Po prostu ostatnio ponownie byłem... w podobnej sytuacji do twojej... - podjąłem po chwili, myśląc o tej nocy, podczas której mało co go nie zabiłem, a także o swoim dniu. Noc i dzień. Dzień i noc. Życie Laurenta miało skończyć się nocą, a moja śmierć miała nadejść o świcie. Przerażające są ścieżki losu. - Czasami zastanawiam się, czy to nie wbrew naturze, że wciąż chodzę po ziemi... Ale wtedy... Człowiek chce się trzymać życia za wszelką cenę, a najgorsze w tym jest to, że w tamtym momencie... Nikt nie podał tej ceny, nie było sposobu na wyśliźnięcie się śmierci. To dziwne uczucie... Mieszanina strachu, przegranej i w końcu pogodzenia się z własnym losem... Czy nie masz tego dość po ostatnim razie, Laurencie? I przedostatnim. Ginąłeś dwa razy czy również miałeś więcej tych oka... właściwie to nieszczęść? - zapytałem Laurenta, choć mówiłem wciąż do przestrzeni przed sobą. Może wyglądałem, jakbym się zamyślił, jak gdybym wypowiadał głośno swoje wewnętrze rozważania...? A jednak był to dialog. Może bezczelna konwersacja z mojej strony, ale to wszystko w dobrej wierze, czyż nie?
Zagryzłem wargę, bo pomyślałem sobie, że gdyby faktycznie tak było, mógłbym obdarowywać Laurenta śmiercią każdego dnia. Myślę, że nigdy by mi się to nie znudziło.
- Nie jestem pewien, czy ten przykład człowieka zjadającego człowieka jest odpowiedni - odezwałem się spokojnie, powoli, choć w środku wszystko się we mnie ściskało. Istny kontrast dla delikatnego głosu Laurenta. Cieszyłem się, że byłem wampirem, bo inaczej musiałbym się udać na bok by jakoś to przetrawić... albo po prostu oddać, meh. Nigdy raczej nie miałem tak silnych reakcji, jeśli chodziło o stres, ale najwyraźniej to również się zmieniło. Jak cały repertuar w moim życiu. Wróóóć, w nieżyciu, egzystencji, potworności.
Jego ostatnie słowa kompletnie mi do niego nie pasowały. Widziałem jego spojrzenie, kiedy byliśmy ostatnim razem w Raju, po akcji w Windermere. Był w szoku.
- To nierozsądne - stwierdziłem, ponownie wracając do niego spojrzeniem. Trochę tego pożałowałem, bo był zbyt blisko, zbyt prawdziwie. Powoli traciłem kontakt, mieszał mi się sen z jawą, ale on teraz... Wydawał się być taki prawdziwy. Zbyt prawdziwy. - By przyjmować w darach również śmierć - uzupełniłem by nie stracić wątku. Chwyciłem za szklankę żeby skupić zmysły na czymś innym.
- Myślę, że to nie jest odpowiedź. Nie dla ciebie - podjąłem po chwili, ponownie wlepiając spojrzenie w tłumy wewnątrz knajpy. Uparcie wpatrywałem się przed siebie, walcząc z ponowną potrzebą spojrzenia na Laurenta. Lepiej było skupiać się na tłumie. Było ich dużo, choć to jeszcze nie były maksymalne możliwości tej nocy. Jeszcze za wcześnie na apogeum, choć humory dopisywały. Wszyscy tacy rozweseleni, rozbawieni, beztroscy. Też taki byłem. - Śmierć ma wiele obliczy, a jedno z nich to wydarzenia w jeziorze Windermere. Nie chciałeś, żeby to tak się skończyło - wyznałem to na głos. Nie chciałem mu wyrzucać tego, że był głupcem, bo wciąż za bardzo go ceniłem by mieszać go z błotem. Myślę, że bardziej chciałem go chronić przed tymi wyborami. Ja miałem ze śmiercią bardzo dużo wspólnego, a jednak kiedy słońce chciało oświetlić moją skórę, pojąłem, że nawet ja nie chciałem kończyć tego... życia? Mojej potworności. Może nie byłem pełnowartościową istotą, ale jednak nie chciałem umierać definitywnie.
- I nie zrozum mnie źle... Po prostu ostatnio ponownie byłem... w podobnej sytuacji do twojej... - podjąłem po chwili, myśląc o tej nocy, podczas której mało co go nie zabiłem, a także o swoim dniu. Noc i dzień. Dzień i noc. Życie Laurenta miało skończyć się nocą, a moja śmierć miała nadejść o świcie. Przerażające są ścieżki losu. - Czasami zastanawiam się, czy to nie wbrew naturze, że wciąż chodzę po ziemi... Ale wtedy... Człowiek chce się trzymać życia za wszelką cenę, a najgorsze w tym jest to, że w tamtym momencie... Nikt nie podał tej ceny, nie było sposobu na wyśliźnięcie się śmierci. To dziwne uczucie... Mieszanina strachu, przegranej i w końcu pogodzenia się z własnym losem... Czy nie masz tego dość po ostatnim razie, Laurencie? I przedostatnim. Ginąłeś dwa razy czy również miałeś więcej tych oka... właściwie to nieszczęść? - zapytałem Laurenta, choć mówiłem wciąż do przestrzeni przed sobą. Może wyglądałem, jakbym się zamyślił, jak gdybym wypowiadał głośno swoje wewnętrze rozważania...? A jednak był to dialog. Może bezczelna konwersacja z mojej strony, ale to wszystko w dobrej wierze, czyż nie?
Zagryzłem wargę, bo pomyślałem sobie, że gdyby faktycznie tak było, mógłbym obdarowywać Laurenta śmiercią każdego dnia. Myślę, że nigdy by mi się to nie znudziło.