04.01.2025, 21:41 ✶
Nie milczał. Odpowiadał na zadane mu pytania, rozwiewał wątpliwości. Oczywiście, że istniało wiele aspektów magicznego budownictwa, w których musiałby się sporo nauczyć, ale z pewnością nie należało do tej kategorii wkopywanie się w ziemię i łamanie praw rządzących światem, aby zbudować korytarze pozbawione duchoty i zgnilizny. Może jeszcze ludzie, dla których to budował, go słuchali, to ludzie na Ścieżkach żyliby bez wiecznej groźby zawalenia się sufitu. Więc mówił. Z wielkim trudem, niewyraźnie, ale dosyć rzeczowo. Bardzo świadomie pomijał wszystko związane ze swoimi emocjami. Nie był w stanie wydusić z siebie tego, że niektóre te rzeczy tworzył myśląc... o sobie. Oczywiście, że to drzewo miało mieć swoje funkcje, to wszystko było przemyślane i niosło większy sens niż jego zadowolenie, ale on lubił takie rozłożyste drzewa - wspinał się na nie i ucinał sobie drzemki w ich cieniu. Mógłby na nim leżeć i obserwować jak Laurent pracuje na balkonie, jednocześnie nie przeszkadzając mu w wypełnianiu papierologii.
Opowiedział mu więcej o tych planach i prawdziwie zawahał się dopiero przy tym łóżku.
- Tutaj - powiedział cicho, zabierając rękę ze swojej twarzy po to, żeby przesunąć palcem po kartce - da się dobrze zamontować hak i lustro. Chciałeś, żebym c-ci po kazał, co lubię. - I tak... ktoś, kto znał go tylko pobieżnie, mógłby pomyśleć, że go to w jakiś sposób krępowało, dlatego się zająknął, ale to absolutnie nie była prawda. Potrafił rzucać tak sprośnymi tekstami, że nawet Laurent złożyłby się w pół od usłyszenia niektórych - nie przerażała go wizja podzielenia się z nim swoimi fantazjami. Ale te komplementy... To właśnie one były powodem tego, że odwracał wzrok i nie potrafił na niego patrzeć. Zalewające go fale gorąca wbrew pozorom nie miały wiele wspólnego z wypitym alkoholem - miały swoje źródło w wylewnych komplementach, odbieranych przez drzemiącego w nim zodiakalnego lwa jako oddanie hołdu.
Siadając na nim okrakiem i czując to, jak sam Flynn był cholernie podniecony, Laurent mógł odkryć moc własnych słów. Wcale nie potrzebował zdejmować mu spodni - kilka kolejnych słodkich epitetów, a mężczyzna, na którym siedział - stęknął, zaciskając mocno palce na jego tyłku i usadzając go tak, żeby mieć go najbliżej jak się tylko dało. Wystarczyło drgnąć, ocierając się o niego, żeby usłyszeć jęknięcie pełne uznania.
- Kurwa mać, to było warte tej chwili - chociaż się spocił przy tym niemożebnie i na pewno nie został do końca zrozumiany, skoro nie widział żadnych kolorów. - Gdzieś tam ci pojebani magowie w długich pelerynkach prowadzą badania nad tym, jak to jest czuć eutierrię, a jedyne co musieli zrobić, żeby się dowiedzieć, to zapytać mnie jak to jest cię rżnąć. - I powinien się go pewnie zapytać, czy czuł się już lepiej, co dzisiaj jadł, czy dzisiejszy dzień nie wykończył go doszczętnie tak jak każdy poprzedni, po którym głaskał go po włosach, układając do snu, ale nie - mógł być dobrym człowiekiem i się starać, to nie oznaczało posiadania w sobie tyle cierpliwości, żeby nie skorzystać z okazji. Napiął się, przygryzając płatek jego ucha i natrętnie wręcz przejechał po nim językiem, zamykając chłopaka w ciasnym uścisku silnych ramion. - Tak cholernie tęskniłem za tymi twoimi zboczonymi tekścikami - powiedział w ten charakterystyczny sposób, przy którym nie trzeba było widzieć czyjejś twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. Chciał go pocałować i zrobił to, chociaż wciąż smakował wypitym chwilę temu, cierpkim i gorzkim ginem.
Nawet jeżeli jutro na tych szkicach miała pojawić się masa wyrysowanymi czerwonym markerem korekt, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. W jednym momencie potrafił czuć się tak, jakby kończyło się jego życie i nie ubolewał nad tym przez okrucieństwo wszechświata, a w drugim - niespodzianka - gdyby nie ograniczenia durnego uniwersum błagałby go teraz, żeby stworzył z nim nowe, w dodatku gdzie on się przed chwilą wybierał, skoro tyle jeszcze mieli do odkrycia... Może powie mu dzisiaj. A może wciąż się nie odważy.
Opowiedział mu więcej o tych planach i prawdziwie zawahał się dopiero przy tym łóżku.
- Tutaj - powiedział cicho, zabierając rękę ze swojej twarzy po to, żeby przesunąć palcem po kartce - da się dobrze zamontować hak i lustro. Chciałeś, żebym c-ci po kazał, co lubię. - I tak... ktoś, kto znał go tylko pobieżnie, mógłby pomyśleć, że go to w jakiś sposób krępowało, dlatego się zająknął, ale to absolutnie nie była prawda. Potrafił rzucać tak sprośnymi tekstami, że nawet Laurent złożyłby się w pół od usłyszenia niektórych - nie przerażała go wizja podzielenia się z nim swoimi fantazjami. Ale te komplementy... To właśnie one były powodem tego, że odwracał wzrok i nie potrafił na niego patrzeć. Zalewające go fale gorąca wbrew pozorom nie miały wiele wspólnego z wypitym alkoholem - miały swoje źródło w wylewnych komplementach, odbieranych przez drzemiącego w nim zodiakalnego lwa jako oddanie hołdu.
Siadając na nim okrakiem i czując to, jak sam Flynn był cholernie podniecony, Laurent mógł odkryć moc własnych słów. Wcale nie potrzebował zdejmować mu spodni - kilka kolejnych słodkich epitetów, a mężczyzna, na którym siedział - stęknął, zaciskając mocno palce na jego tyłku i usadzając go tak, żeby mieć go najbliżej jak się tylko dało. Wystarczyło drgnąć, ocierając się o niego, żeby usłyszeć jęknięcie pełne uznania.
- Kurwa mać, to było warte tej chwili - chociaż się spocił przy tym niemożebnie i na pewno nie został do końca zrozumiany, skoro nie widział żadnych kolorów. - Gdzieś tam ci pojebani magowie w długich pelerynkach prowadzą badania nad tym, jak to jest czuć eutierrię, a jedyne co musieli zrobić, żeby się dowiedzieć, to zapytać mnie jak to jest cię rżnąć. - I powinien się go pewnie zapytać, czy czuł się już lepiej, co dzisiaj jadł, czy dzisiejszy dzień nie wykończył go doszczętnie tak jak każdy poprzedni, po którym głaskał go po włosach, układając do snu, ale nie - mógł być dobrym człowiekiem i się starać, to nie oznaczało posiadania w sobie tyle cierpliwości, żeby nie skorzystać z okazji. Napiął się, przygryzając płatek jego ucha i natrętnie wręcz przejechał po nim językiem, zamykając chłopaka w ciasnym uścisku silnych ramion. - Tak cholernie tęskniłem za tymi twoimi zboczonymi tekścikami - powiedział w ten charakterystyczny sposób, przy którym nie trzeba było widzieć czyjejś twarzy, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. Chciał go pocałować i zrobił to, chociaż wciąż smakował wypitym chwilę temu, cierpkim i gorzkim ginem.
Nawet jeżeli jutro na tych szkicach miała pojawić się masa wyrysowanymi czerwonym markerem korekt, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. W jednym momencie potrafił czuć się tak, jakby kończyło się jego życie i nie ubolewał nad tym przez okrucieństwo wszechświata, a w drugim - niespodzianka - gdyby nie ograniczenia durnego uniwersum błagałby go teraz, żeby stworzył z nim nowe, w dodatku gdzie on się przed chwilą wybierał, skoro tyle jeszcze mieli do odkrycia... Może powie mu dzisiaj. A może wciąż się nie odważy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.