04.01.2025, 21:43 ✶
- Sądziłem, że Ministerstwo będzie miało swoich wróżów. - Mruknął, przysuwając się do Rodolphusa, skoro ten na powrót zaprosił go w swoje ramiona. Oparł głowę, ciesząc się bliskością. To było lepsze nawet od trzymania się za dłonie. - Mam nadzieję, że Scylla nauczy się od pana Vakela tyle, ile tylko może, a później ruszy dalej, żeby rozwijać skrzydła. Może nawet w Ministerstwie. - Snuł, domyślając się, że jeśli będzie przy Scylli, gdy ta osiągnie limit u Dolohova, sam pchnie ją dalej. Nie znał dobrze Greybackówny, lecz wydawała się lubić stałość. Byłoby szkoda, gdyby to ją blokowało. - Żałuję, że nie mogę pytać o wasze sprawy. Może i nie są przyjemne, ale wydają się diabelnie interesujące dla takich szaraczków, jak ja. To ty, no i Scylla, zajmujecie się prawdziwą magią.
Z początku nie pojął, dlaczego Rolph się śmieje, ale nie zmartwiło go to. Sam uśmiechnął się szerzej, gdy umysł sam zasugerował mu, że może być to kwestia zajęcia.
- No co? To tylko praca! - Wyjaśnił, ale kiedy Lestrange przyznał się do pokrewieństwa z Annaleigh, aż spojrzał na niego, choć musiał ledwie przekrzywić głowę. - Twoja kuzynka? Żartujesz, prawda?! - Dopytał, lekko dźgając go w żebra. Jak mógł nie uwielbiać Rodolphusa, gdy ten sprawiał, że nawet najgorszy dzień kończył się tak dobrze, z nim u boku? - Pani Annaleigh jest wspaniała, to prawda. Jest bardzo zapracowana, pomaga w Mungu i w Ministerstwie. To mój wuj, Anthony Shafiq, mnie jej polecił, zna ją z Ministerstwa właśnie. To znaczy, nie jest moim prawdziwym wujem, ale tak go nazywam. - Zdradził kolejne powiązanie. - Pomagam jej tak, jak mogę, żeby ją trochę odciążyć. A co działo się na weselu? Pamiętam, że dostałem jakieś zaproszenie, ale to były moje pierwsze dni w Londynie. Sądziłem, że nie wypada się tam pojawiać.
Z jednej strony chciał podarować kadzidła Charlesowi od razu, z drugiej zaś, odsunięcie się było niewykonalne.
- Wolałbyś wrócić tutaj? Tu lepiej śpisz? - Zatroszczył się od razu. Rolph wiedział, że wystarczyło słowo, by bracia wynieśli się z jego mieszkania. - Coś cię trapi, Rolph? Mogę ci jakoś pomóc? Jeśli chcesz... mój brat wróci dopiero za trzy godziny. Możemy się do tego czasu zdrzemnąć. - Mruknął, lecz nie do końca wyłącznie troskę miał na myśli.
Z początku nie pojął, dlaczego Rolph się śmieje, ale nie zmartwiło go to. Sam uśmiechnął się szerzej, gdy umysł sam zasugerował mu, że może być to kwestia zajęcia.
- No co? To tylko praca! - Wyjaśnił, ale kiedy Lestrange przyznał się do pokrewieństwa z Annaleigh, aż spojrzał na niego, choć musiał ledwie przekrzywić głowę. - Twoja kuzynka? Żartujesz, prawda?! - Dopytał, lekko dźgając go w żebra. Jak mógł nie uwielbiać Rodolphusa, gdy ten sprawiał, że nawet najgorszy dzień kończył się tak dobrze, z nim u boku? - Pani Annaleigh jest wspaniała, to prawda. Jest bardzo zapracowana, pomaga w Mungu i w Ministerstwie. To mój wuj, Anthony Shafiq, mnie jej polecił, zna ją z Ministerstwa właśnie. To znaczy, nie jest moim prawdziwym wujem, ale tak go nazywam. - Zdradził kolejne powiązanie. - Pomagam jej tak, jak mogę, żeby ją trochę odciążyć. A co działo się na weselu? Pamiętam, że dostałem jakieś zaproszenie, ale to były moje pierwsze dni w Londynie. Sądziłem, że nie wypada się tam pojawiać.
Z jednej strony chciał podarować kadzidła Charlesowi od razu, z drugiej zaś, odsunięcie się było niewykonalne.
- Wolałbyś wrócić tutaj? Tu lepiej śpisz? - Zatroszczył się od razu. Rolph wiedział, że wystarczyło słowo, by bracia wynieśli się z jego mieszkania. - Coś cię trapi, Rolph? Mogę ci jakoś pomóc? Jeśli chcesz... mój brat wróci dopiero za trzy godziny. Możemy się do tego czasu zdrzemnąć. - Mruknął, lecz nie do końca wyłącznie troskę miał na myśli.