Złożenie urny w krypcie na cmentarzu zakończyło pewien etap uroczystości. Przynajmniej dla niektórych. Chociażby dla gości niezaproszonych na samą stypę, jak i oczywiście samej Simone, o ile ta w jakiś sposób czuwała nad własnym pogrzebem. Teraz mogła spocząć w spokoju, gdy społeczność czarodziejów pozwoliła w końcu jej prochom znaleźć się pośród wielu innych spokrewnionych z rodem Malfoyów. Martwi pozostali w tyle, ale żywi musieli się zmierzyć z jeszcze jedną kwestią; stypą.
Nie zazdrościł tego, w jakiej pozycji znalazł się Elliott. Najgorsza część była już za nim, ale teraz musiał jeszcze pokazać się wśród ludzi po tragedii, która go spotkała. Erik niemalże był w stanie sobie wyobrazić, jak odlicza minuty do tego, aż minie czas tradycyjnie przeznaczony na drobny poczęstunek, aby móc zostać w gronie najbliższej rodziny. Bez względu, jakie relacje by ich nie dzieliły na co dzień, teraz żegnali jedną ze swoich, więc może w ich sercach zagościło swego rodzaju poczucie wspólnoty?
Erik zmrużył oczy, przyglądając się rodzinnej posiadłości przyjaciela. Mimowolnie przyrównał ją do twierdzy Longbottomów w Dolinie Godryka. Ciężko by było znaleźć budynki, które bardziej by się różniły. Jego rodzinny dom mógłby wpasować się w praktycznie każdą wieś w Anglii, ale ten kolos... Cóż, górował nad masą rezydencji, które miał szansę odwiedzić podczas swojego życia. Obejrzał się na siostrę, wykrzesując z siebie lekki uśmiech, po czym ruszył za resztą gości w stronę tylnego wejścia na pokoje.
Dostrzegł na przodzie Crouchów, którzy zatrzymali się, aby złożyć swoje kondolencje, notując w głowie ich obecność. Zjawili się dosyć... licznie. Zaczynał się cieszyć, że Brenna mu towarzyszyła tego dnia. Reprezentowanie całej rodziny w takich okolicznościach byłoby stosunkowo niełatwe, a tak przynajmniej nie czuł się aż tak osamotniony. Parę osób później, a przyszła i kolej rodzeństwa Longbottomów, co by porozmawiać z Malfoyem.
— Wyrazy współczucia — powiedział cicho, ściskając rękę Elliotta. Zamarł na moment, zapominając przysłowiowego języka w gębie. Chciał powiedzieć tak wiele, wyrazić tak dużo, przekazać wsparcie na tak różne sposoby, ale jedynym sposobem, w jaki był w stanie to okazać, był mocniejszy uścisk dłoni. — Oby znalazła spokój w lepszym miejscu.
Poklepał lekko przyjaciela po ramieniu, po czym usunął się w głąb sali. Od razu uderzyła go szarość i czerń panująca w wystroju, kontrastując poniekąd ze światłem wypływającym z zewnątrz przez ogromne okna. Erik aż się zatrzymał na moment, co by zawiesić wzrok na sklepieniu. Nie było mu jednak dane dłużej postudiować wnętrza, gdyż kolejni goście weszli na salę. Nie chcąc stać na środku jak kołek, mężczyzna udał się w stronę stołu.
Z początku rozglądał się po słodkim poczęstunku, aż jego wzrok padł na alkohol. Nie mógł zaprzeczyć, korciło go, aby sięgnąć po któryś z trunków od razu, ale wolał poczekać. W związku z tym, odczekał, aż przy stole usiądzie większa ilość gości i dopiero kiedy ci już się nieco rozgadali między sobą, sięgnął po jeden z napoi wysokoprocentowych.
— Jak się tu czujesz? — spytał półgłosem Brenny, zanim zamoczył usta w alkoholu. Osobiście czuł się nieco przytłoczony, chociaż ciężko było mu określić, czy był to efekt estetyki posiadłości Malfoyów, samej ilości gości, czy okoliczności spotkania.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞