- Zawsze są jakieś inne opcje. - Nie zamierzała akceptować tego podejścia. Jedyna opcja, bo tak zadecydował, bo znowu postanowił za nich? Tym razem nie chciała odpuszczać. Zależało jej na tym, aby ona również miała jakikolwiek wpływ na podejmowane przez nich decyzje, nawet jeśli sama jeszcze nie widziała innych możliwości.
Nie spodziewała się jednak tego, co miało nadejść, może powinna, najwyraźniej ta mikstura, której dolała mu do herbaty potrafiła zdziałać cuda, czy kiedykolwiek wypowiedział z siebie, aż tyle słów? Powątpiewała w to, a spędzili razem wiele lat.
Słuchała więc, kiedy zaczął. Bardzo uważnie, aby nie umknął jej żaden, nawet najdrobiejszy szczegół. W między czasie tylko uzupełniała sobie zawartość szklanki, bo popijała z niej co chwila tę nieszczęsną whisky, żeby jakoś to wszystko przetrawić.
- To zrozumiałe. - Cóż, wspomniał jej już wcześniej o tym, że myślał o tym, aby wreszcie, oficjalnie stali się małżeństwem. Rozumiała dlaczego chciał to zrobić według przyjętych norm, bo przecież sam przeżywał swoje przez to, co stało się z jego rodzicami, najwyraźniej nie chciał zaliczyć powtórki z rozrywki, co było rozsądne, praktycznie wszystko, co robił było przemyślane. No, na pewno bardziej od tych decyzji, które podejmowała sama Yaxleyówna.
- Wierzę Ci. - Cóż, miała przecież pewność, że jest z nią szczery przez eliksir, którego dolała mu do kubka, ale i bez tego nie sądziła, aby mógł ją okłamać kiedy o tym wspominał. Roise taki nie był.
Fakt, Ambroise podjął już pewne próby, dużo wcześniej, związane z formalizacją ich związku, Geraldine czuła jednak, że były wymuszone, więc stanowczo mu odmówiła. Wtedy była pewna, że to co mieli było wystarczające, nigdy nie chciała stawiać go pod ścianą, raczej zależało jej na tym, aby faktycznie był pewien podejmowanych przez siebie decyzji, nie chciała w żaden sposób ich na nich wymuszać. Tylko przez to go wtedy odrzuciła, zresztą nie sądziła, że tak bardzo wziął to do siebie. Najwyraźniej znowu się myliła.
Najwyraźniej nie zamierzał ominąć żadnych szczegółów, bo wspomniał też o kamyku, to było ich jakieś dziwne szczęście, że nawet taka prosta czynność mogła nie do końca się udać. Komplikacje chyba były im pisane od zawsze na zawsze.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo. - Co innego mogła powiedzieć. Rozjaśniało się jej wszystko coraz bardziej, wróciła pamięcią do tamtych dni. Mieli pewne plany, które nie doszły do skutku, bo cóż, zaczęło się to nieszczęsne orędzie, później ona zupełnie przypadkowo starła się z śmierciożercami niemalże tracąc przy tym życie, mieli na głowie sporo innych problemów niż formalizacja związku, w którym tkwili od lat. Zakończyło się to śmiercią Amandy, co też nie zachęcało do tego, aby zajmować się takimi sprawami.
Świat na którym przyszło im żyć stał się okropnym miejscem, próbowali się do tego dostosować, jak mogli, to, że przynosiło to różne efekty nie było ich winą, nie było jego winą, zostali podstawieni pod ścianą.
- Każdy ma jakąś przeszłość, skąd mogłeś wiedzieć, że przyniesie to takie konsekwencje? - Nawet jeśli podjąłby inne decyzje, kiedy był gówniarzem wszystko działo się po coś. Może nigdy by się nie poznali, gdyby tego nie robił, na pewno nie znaleźliby się razem w tym dziwnym dworku, gdzie ich relacja nabrała zupełnie innych torów. Wszystko działo się z jakiejś przyczyny.
- Trudno jest walczyć z całym światem w pojedynkę. - Tak, zauważyła blizny, które pojawiły się na jego ciele, których wcześniej tam nie było. Spodziewała się, że mogło przytrafić mu się coś złego. To ją martwiło, że nie było jej wtedy przy nim, że nie mogła mu pomóc, kiedy tego potrzebował. Od samego początku uważała, że to, iż próbuje ją trzymać z daleka od swojego drugiego życia nie przyniesie im zbyt wiele dobrego. Jasne, mogła stać się celem jego wrogów, ale nie przejmowała się tym jakoś szczególnie, starała się zrozumiec to, że w ten sposób próbował zapewnić jej bezpieczeństwo, ale to było zupełnie niepotrzebnie. Razem, faktycznie mogli się wspierać. Nie skomentowała tego, co wspomniał jej o tym, że szukał pocieszenia w ramionach jakieś małolaty, bo cóż, sama nie była pod tym względem lepsza, zatracała się w podobny sposób z różnymi mężczyznami, aby chociaż przez chwilę coś poczuć. Wolałaby tego nie rozgrzebywać.
- Ile razy mam ci powtarzać, że to nie ty go spierdoliłeś. - Nadal próbował brać winę za te wszystkie niepowodzenia na siebie. Kurwa mać, czy nie mógł wreszcie dostrzeć, że to świat w którym przyszło im żyć był spierdolony, a nie oni?
- Tak, wiem. Ludzie lubią gadać, zawsze znajdą ciekawy temat do plotek. - Nawet do jej uszu dochodziły te śmieszne informacje, nie przejmowała się nimi szczególnie, bo to był tylko plotki. Najwyraźniej Ambroise trochę za bardzo się nimi przejął. W sumie nie powinna mu się dziwić, ta historia całkiem nieźle się układała, tyle, że Erik nigdy nie znaczył dla niej nic więcej. W jej sercu zawsze było miejsce tylko dla jednej osoby, zresztą miał świadomość tego, jak silna była ich więź, nic nie byłoby w stanie się z tym równać.
- Skąd możesz mieć pewność, że nigdy nic was nie połączy? Wolę zaczekać niż szukać pocieszenia w substytutach. - Nie zamierzała sięgać po pierwszą, lepszą osobę, która jej się nawinie. To było zupełnie niepotrzebne, nie chciała żyć w ten sposób, szczególnie, gdy zdawała sobie sprawę, że on gdzieś tam był. Nie byłaby w stanie tego zrobić.
- Przestań traktować siebie jako czarny charakter. Kocham Cię, czy tego chcesz, czy nie. Nie masz na to żadnego wpływu. Możesz mówić, że nie mogę tego robić, ale to się nie zmieni. To jest trwałe. - Mimo tego, że nie odzywali się do siebie niemalże przez półtora roku, mimo tego, że próbowała naprawdę nie patrzeć na niego w ten sposób, to nie umiała inaczej. Więź która ich kiedyś połączyła nie słabła, nadal to czuła, za każdym pierdolonym razem, gdy na niego spoglądała. Nie mogła z tym nic zrobić, teraz już nawet nie chciała, bo to by jej do niczego nie doprowadziło. Zostali na siebie skazani, albo się z tym pogodzą, albo będą się męczyć i dusić, gdy znowu się od siebie odetną.
- To nie może funkcjonować z doskoku, zdajesz sobie sprawę, że nie ma opcji, aby to się udało. - Niby jak to sobie wyobrażał? Że za każdym razem jak znajdzie się w jakieś gównianej sytuacji, będzie do niego przychodziła po pomoc z podkulonym ogonem, a później co? Będzie wracać do siebie, jakby nic się nie zmieniło. To nie miało szansy działać. Od samego początku.
- Nie powinniśmy w ogóle brać tej opcji pod uwagę. - Skoro i on miał z tym teraz problem, to po co właściwie narzucali sobie jakieś kolejne, chujowe ramy, które nigdy nie miały zadziałać? Może to i lepiej, że zaczęli sobie to wyjaśniać. Nie, żeby póki co ta rozmowa cokolwiek zmieniała w ich życiu, ale przynajmniej zaczął mówić, może nie dlatego, że chciał, ale nie liczył się powód, może jeszcze uda jej się dowiedzieć czegoś więcej.
- To dobrze, należało tak zrobić. - Żałowała tylko, że nie pozwolili się jej również zaangażować w sprawę, że ją od tego odcięli, jakby ona nie zasługiwała na to, aby się zemścić. Jasne, nie krzywdziła ludzi, ale czy tych, którzy zabili Amandę w ogóle jeszcze można było nazwać ludźmi? To były bestie, które nie miały sumienia, kryły się tylko w ciałach podobnych do nich. Nie miała więc wątpliwości, że to, co uczynili było właściwe. Sama chętnie zrobiłaby to samo. Może to nie było szczególnie moralne, ale w dupie miała moralność, gdy po ich świecie chodzili ludzie, którzy bez oporu rzucali niewybaczalnymi zaklęciami na prawo i lewo. Zasługiwali na śmierć. Tak, mogła bawić się w tej chwili w sędziego i wybierać kto faktycznie powinien umrzeć.
- Sam sobie na to zasłużył. - Nie poruszyło jej to chyba tak bardzo, jak powinno. Roise i Corio zabili oprawców Amandy, akceptowała to, wręcz wspierała ten sposób postępowania. Przyszło im żyć w świecie, w którym musieli przywyknąć do tego, że będą stawiani pod ścianą, że czasem przyjdzie im podjąć decyzję o czynach, na które wcześniej by się nie zdecydowali. Nie robili krzywdy niewinnym, zabijali tych, którzy faktycznie na tę śmierć zasługiwali. Nie widziała w tym nic złego. Powinni ponosić konsekwencje za czyny, których się dopuszczali. Przynajmniej mieli pewność, że nie zniszczą życia innym osobom, to wyglądało bardziej jakby wyrzucili śmieci do kosza, gdzie było ich miejsce.
- Byli blisko, ale im się nie udało. - Tak, to była jedna z sytuacji, kiedy faktycznie dała dupy, nie panowała nad tym, co działo się wokół niej, ale jakoś udało jej się z tego wyjść cało. Miała więcej szczęścia niż rozumu, ale może właśnie tak miało być. Miała przeżyć, to nie był jej czas na umieranie. Tak samo jak te inne sytuacje, które zdarzyły się później, gdy była bardzo bliska przejścia na drugą stronę, ale jednak nadal coś powodowało, że udawało jej się nadal stąpać po ziemi.
- Wolałam się skupiać nad tym, że jednak dalej tu jestem. - Nie chciała roztrząsać tej sprawy. Wydarzyło się, wyszła z tego cało, nie było sensu tego rozgrzebywać i myśleć o tym, co by było gdyby. Jasne, gdy ją wtedy znalazł musiała wyglądać chujowo, ale jakoś im się udało wyjść cało z tego bagna.
- We dwójkę jesteśmy sobie w stanie poradzić z takim wyrokiem. Powoli, jakoś. - Miała świadomość, że to może być dla nich niebezpieczne, ale nie sądziła, że tak szybko znajdą się chętni, którzy będą chcieli zaryzykować starcie z ich dwójką. Co najważniejsze nie musieli być w tym sami, mieli przecież przyjaciół, którzy mogli im pomóc, przecież nie pozwoliliby na to, aby ktoś ich skrzywdził. - Nie jesteśmy przecież sami, mamy przyjaciół, wiesz, że możemy na nich liczyć. - Nie chciała, żeby o tym zapominał.
Wypiła jednym haustem zawartość swojej szklanki. Nie spodziewała się usłyszeć z jego ust tego jednego, konkretnego słowa. Nie nazwałaby go w ten sposób, chociaż wydawało jej się, że mógł korzystać z pewnych metod, które mogły powodować, że sięgnął akurat po to nazewnictwo. - Zadaj sobie pytanie, czyje głowy występują na twoim liczniku. - Może dla innych nie było to ważne, może oni uważali, że zabijanie to zabijanie, jednak w oczach Geraldine była pewna różnica. Świat był pełen typów, którzy zasługiwali na śmierć, likwidowanie ich powodowało, że stawał się bezpieczniejszym miejscem. Nie sądziła, aby Ambroise odebrał życie komuś, kto na to nie zasługiwał.
- Tu nie chodzi i widzimisię, wiesz o tym, w głębi na pewno się domyślach dlaczego Cię o to poprosiłam. Te metody mogą przynieść nam bezpieczeństwo, tylko i wyłącznie dlatego chcę z nich korzystać, nauczyć się ich. Nie sądzę, abyś Ty sam stosował ich w innych przypadkach. - Tak, nadal w niego wierzyła, nie skreślała go, mimo, że pewnie spodziewał się, że może to zrobić. Starała się zrozumieć jakie było podłoże jego postępowania, bo liczyły się intencje.
- Duchy? Chodzi Ci o widmowidzenie? - Wolała się upewnić. Nigdy jej o tym nie wspominał, chociaż od samego początku przecież wiedziała, że ma pewien talent. Nie wydawało jej się to jednak istotne, liczyła na to, że kiedyś sam będzie chciał jej powiedzieć, co potrafi. Miała swój szósty zmysł, który po prostu dawał jej znać, kiedy wokół niej znajdowali się ludzie, którzy nieco różnili się od tych typowych osób. Potrafiła rozpoznać jakimi umiejetnościami się posługiwali. Ambroise pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy ilu czystokrwistych miało podobne tajemnice.