- To prawda - potwierdził, bo ani w Rejwachu, ani w żadnym innym miejscu nie był w stanie odnaleźć kogoś, kto dorównywałby mu urodą. Może gdyby trafił na wiłę lub inną leśną zjawę, to przyrównałby ją do Laurenta. I nie, nawet to porównanie nie dało mu wiele do myślenia.
- Pokażę ci. Ale dzisiaj bez wiązania.
Cmoknął go ustami, klepnął w tyłek kiedy zaczął iść w kierunku innego pomieszczenia i odetchnął głęboko. Sam siedział w tym miejscu jeszcze kilka sekund, zanim ruszył do sypialni. Zauważywszy lustro na miejscu, zwyczajnie przesunął je niebezpiecznie blisko łóżka i pozwolił mu zawisnąć, oprzeć się na translokacyjnym zaklęciu, żeby ich ruchy nie uszkodziły zdobionej ramy. Później dopił ten gin przyniesiony z salonu zostawiając co najwyżej łyk gdyby Laurent chciał się poczęstować i zrobił coś, co w przypadku ubierania się w ten sposób warto było zrobić samemu - rozebrał się. Ściągnięcie tych spodni kiedy zdążył się już nieco spocić, było łatwiejsze niż zszarpywanie ich z siebie w pośpiechu, chcąc dobrać się do kogoś na szybko, ale wciąż sprawiło mu lekki problem. Prychnął pod nosem, odłożył te ubrania i poczekał grzecznie, zdając sobie sprawę z tego, jak istotne dla tego człowieka było bycie czystym.
Leżał plecami na łóżku, z nogami wciąż przytwierdzonymi do podłogi, obracając w głowie już nie zaczepkę sprzed chwili a słowo kochanie. Dudniło mu teraz pomiędzy uszami jak dzwon. Dwa tygodnie, tak? Nie, to już było więcej niż dwa tygodnie. Stracił poczucie czasu. Dużo rzeczy przy nim tracił, ale miał wrażenie, że sporo też zyskiwał. Widok, jaki przywitał go po usłyszeniu otwierających się drzwi, zaliczał do jednej z tych rzeczy.
Kilka kolejnych, głębokich sapnięć. I nie było już z jego strony żadnych słów. Zwyczajnie chciał być blisko. Przytulić się i trwać tak. W tym czasie lustro bezdźwięcznie odfrunęło na swoje miejsce i osiadło tam skąd je zabrał. Bawił się jedną ze wstążek stroju. Czy powiedział mu, że ten strój też był śliczny? Miał nadzieję, że tak, ale wszystkie wylane z siebie słowa rozmywały się kiedy tylko wdychał zapach jego włosów.
- Pokażę ci. Ale dzisiaj bez wiązania.
Cmoknął go ustami, klepnął w tyłek kiedy zaczął iść w kierunku innego pomieszczenia i odetchnął głęboko. Sam siedział w tym miejscu jeszcze kilka sekund, zanim ruszył do sypialni. Zauważywszy lustro na miejscu, zwyczajnie przesunął je niebezpiecznie blisko łóżka i pozwolił mu zawisnąć, oprzeć się na translokacyjnym zaklęciu, żeby ich ruchy nie uszkodziły zdobionej ramy. Później dopił ten gin przyniesiony z salonu zostawiając co najwyżej łyk gdyby Laurent chciał się poczęstować i zrobił coś, co w przypadku ubierania się w ten sposób warto było zrobić samemu - rozebrał się. Ściągnięcie tych spodni kiedy zdążył się już nieco spocić, było łatwiejsze niż zszarpywanie ich z siebie w pośpiechu, chcąc dobrać się do kogoś na szybko, ale wciąż sprawiło mu lekki problem. Prychnął pod nosem, odłożył te ubrania i poczekał grzecznie, zdając sobie sprawę z tego, jak istotne dla tego człowieka było bycie czystym.
Leżał plecami na łóżku, z nogami wciąż przytwierdzonymi do podłogi, obracając w głowie już nie zaczepkę sprzed chwili a słowo kochanie. Dudniło mu teraz pomiędzy uszami jak dzwon. Dwa tygodnie, tak? Nie, to już było więcej niż dwa tygodnie. Stracił poczucie czasu. Dużo rzeczy przy nim tracił, ale miał wrażenie, że sporo też zyskiwał. Widok, jaki przywitał go po usłyszeniu otwierających się drzwi, zaliczał do jednej z tych rzeczy.
Trigger Warning: erotyka, praise kink (Odkryj)
- Kurwa, ale ty jesteś prześliczny - powiedział miękko, przyciągając go do siebie za jedną ze wstążek. I zaczął się nim delektować. Jego usta rozpoczęły swoją wędrówkę i wraz z uszczypnięciami palców demaskowały ze wszystkich brudnych myśli z ostatniego tygodnia. Wiedział dobrze, że większość ludzi uznałaby tak silne i bezgraniczne cenienie jego ciała za coś nieszczególnie godnego pochwały, bo przecież miłość i związki to było coś więcej, tak? Wygląd, uroda, to wszystko miało przeminąć, ale nic co mówili, nie było w stanie przemówić do kogoś, kto już dawno uzależnił się od przygodnych zbliżeń w obskurnych pubach. Wygląd się liczył tak samo jak czyjś czar. Wszechświat ofiarował mu właśnie swoje największe arcydzieło, a on nie zamierzał udawać, że nie potrzebował tego do funkcjonowania. Budzenie się z biodrami przy jego tyłku było jednocześnie zajebistą męką kiedy uświadamiał sobie, że nie mógł zrobić nic więcej, ale również najsłodszą nagrodą - bo doczekał się - mógł wreszcie wsadzić mu ręce w majtki, ocierać się o niego ile chciał, wylizać go i przygotować do tego, co zamierzał z nim zrobić, kiedy przesuwanie łap po nagim ciele im się znudzi. Laurent był skarbem.
Wrócił z nim do pozycji, w której znaleźli się wcześniej na kanapie. Podrzucił go do góry, żeby niezdarnie na niego upadł, przylgnął do niego ciałem i musiał przytrzymać się rękoma wytatuowanych pleców, żeby zachować resztki równowagi. I wtedy Laurent mógł to zobaczyć - idealny kadr na swoją twarz i pokryte czarnymi skrzydłami plecy Crowa. Nie odkleił go od siebie, ani nie pozwolił mu się rozsiąść. Jego ręce utrzymywały go w takiej pozycji, jednocześnie masując go olejkiem i przygotowując do tego co miało się stać. Tym i szeptem. Odwrócił głowę tak, żeby jego usta znalazły się przy jego uchu. Widzisz tę śliczną buźkę, Laurent? Tak wygląda moje szczęście. Jak twoje rozchylone wargi i przyspieszony oddech. Jesteś przepiękny. Dużo dziewczyn było o ciebie zazdrosnych, bo wszyscy faceci wokół woleli ciebe? Ci wszyscy ludzie szaleją za tobą, bo nie istnieje nikt piękniejszy od ciebie i jeżeli ktoś mówi ci inaczej, to kłamie albo wyparł to, bo wiedział, że nigdy go nie zechcesz i zdecydował się związać z kimś poziom niżej od ciebie z czystej desperacji. Nie dziwi mnie, że ten człowiek zrobił z ciebie dziwkę, bo jesteś spełnieniem marzeń każdego, kto cię dotyka. Tylko tak stałeś się osiągalny dla tych wszystkich idiotów, którzy nigdy nie zasługiwali na to, żebyś na nich spojrzał. Nie potrafili o ciebie zadbać. Za to ty zasługujesz na to wszystko, co masz i jeszcze więcej. Osiągniesz wszystko, czego pragniesz. Tylko spójrz na siebie. Zobacz jak pięknie wyglądasz kiedy w ciebie wchodzę. Nie potrafię zapomnieć dnia, w którym pierwszy raz się ze mną puściłeś i tego dnia też nie zapomnę. Trzymając go za biodra zaczął poruszać się powoli, nie ujmując fali coraz silniejszych zdań. Im szybciej to robił, tym bardziej wulgarny się stawał, ale nigdy nie zboczył z tematu, wychwalając go jako obiekt największego pożądania i chwalił go za absolutnie wszystko, co go nim czyniło, podkreślając wyraźnie fakt tego, że możliwość widzenia go takim uważał za niesamowity dar. Nic degradującego. Zalewał go falami uzasadnionych (swoim zdaniem oczywiście) komplementów i błagał o to, żeby „dawał mu się używać”. W międzyczasie położył się na plecach, dając mu możliwość oglądania całokształtu tejże doskonałości w połączeniu ze wdzięcznymi przesunięciami dłoni Crowa narzucającego rytm ruchów, ale nie oszczędzającego na dotykaniu go wszędzie gdzie tylko mógł. W ten sposób chciał zaprowadzić go na szczyt. Czerwonego jak diabli, wlewając mu do głowy tak dużo sprośności ile tylko potrafił, bo przecież musiał wiedzieć, że wspanialszy widok zwyczajnie nie istniał. Pozwolił mu opaść na pościel nim otoczył go rękoma i poprosił o jeszcze chwilę cierpliwości, bo potrzebował jeszcze kilkunastu sekund spędzonych na szybkich ruchach żeby do niego dołączyć. I pojawiło się - westchnienie głębokiej ulgi i dociśnięcie do niego bioder.
Wrócił z nim do pozycji, w której znaleźli się wcześniej na kanapie. Podrzucił go do góry, żeby niezdarnie na niego upadł, przylgnął do niego ciałem i musiał przytrzymać się rękoma wytatuowanych pleców, żeby zachować resztki równowagi. I wtedy Laurent mógł to zobaczyć - idealny kadr na swoją twarz i pokryte czarnymi skrzydłami plecy Crowa. Nie odkleił go od siebie, ani nie pozwolił mu się rozsiąść. Jego ręce utrzymywały go w takiej pozycji, jednocześnie masując go olejkiem i przygotowując do tego co miało się stać. Tym i szeptem. Odwrócił głowę tak, żeby jego usta znalazły się przy jego uchu. Widzisz tę śliczną buźkę, Laurent? Tak wygląda moje szczęście. Jak twoje rozchylone wargi i przyspieszony oddech. Jesteś przepiękny. Dużo dziewczyn było o ciebie zazdrosnych, bo wszyscy faceci wokół woleli ciebe? Ci wszyscy ludzie szaleją za tobą, bo nie istnieje nikt piękniejszy od ciebie i jeżeli ktoś mówi ci inaczej, to kłamie albo wyparł to, bo wiedział, że nigdy go nie zechcesz i zdecydował się związać z kimś poziom niżej od ciebie z czystej desperacji. Nie dziwi mnie, że ten człowiek zrobił z ciebie dziwkę, bo jesteś spełnieniem marzeń każdego, kto cię dotyka. Tylko tak stałeś się osiągalny dla tych wszystkich idiotów, którzy nigdy nie zasługiwali na to, żebyś na nich spojrzał. Nie potrafili o ciebie zadbać. Za to ty zasługujesz na to wszystko, co masz i jeszcze więcej. Osiągniesz wszystko, czego pragniesz. Tylko spójrz na siebie. Zobacz jak pięknie wyglądasz kiedy w ciebie wchodzę. Nie potrafię zapomnieć dnia, w którym pierwszy raz się ze mną puściłeś i tego dnia też nie zapomnę. Trzymając go za biodra zaczął poruszać się powoli, nie ujmując fali coraz silniejszych zdań. Im szybciej to robił, tym bardziej wulgarny się stawał, ale nigdy nie zboczył z tematu, wychwalając go jako obiekt największego pożądania i chwalił go za absolutnie wszystko, co go nim czyniło, podkreślając wyraźnie fakt tego, że możliwość widzenia go takim uważał za niesamowity dar. Nic degradującego. Zalewał go falami uzasadnionych (swoim zdaniem oczywiście) komplementów i błagał o to, żeby „dawał mu się używać”. W międzyczasie położył się na plecach, dając mu możliwość oglądania całokształtu tejże doskonałości w połączeniu ze wdzięcznymi przesunięciami dłoni Crowa narzucającego rytm ruchów, ale nie oszczędzającego na dotykaniu go wszędzie gdzie tylko mógł. W ten sposób chciał zaprowadzić go na szczyt. Czerwonego jak diabli, wlewając mu do głowy tak dużo sprośności ile tylko potrafił, bo przecież musiał wiedzieć, że wspanialszy widok zwyczajnie nie istniał. Pozwolił mu opaść na pościel nim otoczył go rękoma i poprosił o jeszcze chwilę cierpliwości, bo potrzebował jeszcze kilkunastu sekund spędzonych na szybkich ruchach żeby do niego dołączyć. I pojawiło się - westchnienie głębokiej ulgi i dociśnięcie do niego bioder.
Kilka kolejnych, głębokich sapnięć. I nie było już z jego strony żadnych słów. Zwyczajnie chciał być blisko. Przytulić się i trwać tak. W tym czasie lustro bezdźwięcznie odfrunęło na swoje miejsce i osiadło tam skąd je zabrał. Bawił się jedną ze wstążek stroju. Czy powiedział mu, że ten strój też był śliczny? Miał nadzieję, że tak, ale wszystkie wylane z siebie słowa rozmywały się kiedy tylko wdychał zapach jego włosów.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.