06.01.2025, 02:04 ✶
Scylla patrzyła na Peregrinusa uważnie, starając się wychwycić w jego spojrzeniu coś więcej niż tylko odbicie światła, którego już tam nie było. Dostrzegała jednak tylko cień rozczarowania i napięcia, którego źródła mogła się jedynie domyślać. Gdy mówił o mirażach i cieple, wiedziała, że próbuje racjonalizować to, czego nie potrafił wyjaśnić - być może dla niej, być może dla siebie samego. A może po prostu chciał zamknąć temat.
- Może i miraże - mruknęła cicho, nieprzekonana. Przesunęła wzrokiem po drzewie, które zdawało się zwyczajne, a jednocześnie jakby nie było. - A może coś, na co trzeba spojrzeć przez pryzmat czegoś, co jeszcze nie jest ci znane. - Wzruszyła ramionami, jakby postawiona w jego butach nie przejęłaby się tym zbytnio. W końcu jeśli los chce, żeby coś zobaczyli, zawsze znajdzie sposób.
Pod jego wymownym spojrzeniem powoli wyciągnęła dłoń, pokazując mu robaka, którego wcześniej zdjęła z pobliskiego drzewa. Stworzenie poruszało się ociężale, jakby ledwo żyło, a jednocześnie wyglądało zaskakująco zdrowo - jeśli można było tak powiedzieć o owadzie.
- Nie wiem, czy nie powinny tu być, nie mnie jest to oceniać - zaczęła, próbując ubrać w słowa to, co ją niepokoiło. - Ale nieswoje jest ich... zachowanie. Widzisz... - urwała, aby zbliżyć się do Trelawneya i unieść stworzenie bliżej jego oczu. - Te owady nazywają się devoraco, czyli tak jakby... pożeracze. Jak już sama nazwa wskazuje, są z gatunku kąsających. Jest ich tyle, a nikt nie jest pogryziony. Nawet ja, choć ten mógł to zrobić - dodała z cieniem uśmiechu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. - I dlaczego tyle z nich leży martwych? Jakby umierały tak po prostu, bez powodu. -
Jej głos na chwilę zadrżał, gdy wypowiadała ostatnie słowa. Nie potrafiła wytłumaczyć, skąd brał się ten dziwny, niewypowiedziany lęk, który czaił się na granicy jej myśli. Może to przez aurę wokół drzewa, może przez te dziwne robaki, które zdawały się nie pasować do tego miejsca. A może przez to, że wszystko wydawało się zbyt ciche, zbyt spokojne.
- Myślisz, że to ma jakiś sens? - zapytała w końcu, patrząc na niego z mieszaniną nadziei i niepokoju. - Że to wszystko, i te robaki, i to, co widziałeś… to coś więcej niż tylko przypadek? -
- Może i miraże - mruknęła cicho, nieprzekonana. Przesunęła wzrokiem po drzewie, które zdawało się zwyczajne, a jednocześnie jakby nie było. - A może coś, na co trzeba spojrzeć przez pryzmat czegoś, co jeszcze nie jest ci znane. - Wzruszyła ramionami, jakby postawiona w jego butach nie przejęłaby się tym zbytnio. W końcu jeśli los chce, żeby coś zobaczyli, zawsze znajdzie sposób.
Pod jego wymownym spojrzeniem powoli wyciągnęła dłoń, pokazując mu robaka, którego wcześniej zdjęła z pobliskiego drzewa. Stworzenie poruszało się ociężale, jakby ledwo żyło, a jednocześnie wyglądało zaskakująco zdrowo - jeśli można było tak powiedzieć o owadzie.
- Nie wiem, czy nie powinny tu być, nie mnie jest to oceniać - zaczęła, próbując ubrać w słowa to, co ją niepokoiło. - Ale nieswoje jest ich... zachowanie. Widzisz... - urwała, aby zbliżyć się do Trelawneya i unieść stworzenie bliżej jego oczu. - Te owady nazywają się devoraco, czyli tak jakby... pożeracze. Jak już sama nazwa wskazuje, są z gatunku kąsających. Jest ich tyle, a nikt nie jest pogryziony. Nawet ja, choć ten mógł to zrobić - dodała z cieniem uśmiechu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. - I dlaczego tyle z nich leży martwych? Jakby umierały tak po prostu, bez powodu. -
Jej głos na chwilę zadrżał, gdy wypowiadała ostatnie słowa. Nie potrafiła wytłumaczyć, skąd brał się ten dziwny, niewypowiedziany lęk, który czaił się na granicy jej myśli. Może to przez aurę wokół drzewa, może przez te dziwne robaki, które zdawały się nie pasować do tego miejsca. A może przez to, że wszystko wydawało się zbyt ciche, zbyt spokojne.
- Myślisz, że to ma jakiś sens? - zapytała w końcu, patrząc na niego z mieszaniną nadziei i niepokoju. - Że to wszystko, i te robaki, i to, co widziałeś… to coś więcej niż tylko przypadek? -
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga