06.01.2025, 02:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2025, 23:59 przez Scylla Greyback.)
Scylla przez chwilę trwała w bezruchu, patrząc, jak sylwetki centaurów znikają w głębi lasu, zostawiając po sobie jedynie echo ich kopyt na wilgotnej ściółce i cichą melodię, którą przynosił wiatr. Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na miejscu, gdzie przed chwilą stał Vralnil - jego słowa nadal rezonowały w jej myślach.
Jeśli będziesz dalej kroczyła po kamieniach z gwiazd... Uśmiechnęła się blado, słysząc, że spotka ją coś niezwykłego. Nie chciała być niewdzięczna, ale ta przepowiednia nie wydawała się wybitnie zachęcająca. Miała wrażenie, że nic co wydarzyło się w jej życiu nie było zwyczajne, a przy tym nie bawiła się za dobrze idąc przez nie, więc pozostało jej tylko czekać na kolejne zwroty losu.
A poza tym, jak miałaby zgubić ścieżkę, skoro widziała już dokąd wiedzie?
- Dali nam więcej, niż mogliśmy oczekiwać - powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Więc chyba poszło nam dobrze? - Pytanie padło na głos, ale nie oczekiwała na nie odpowiedzi. Nie patrzyła nawet na Leviathana, wciąż patrzyła tam, gdzie jeszcze chwilę temu stało otaczające ich stado.
Przez moment przypominała sobie spojrzenie Vralnila - przenikliwe, ciężkie, ale pełne jakiejś nieoczywistej mądrości, która zdawała się odbijać w każdym jego słowie. Poprawiła ubranie, chroniąc się przed chłodem wilgotnego lasu.
- Musimy dotrzymać umowy - dodała, spoglądając na Leviathana. W jej głosie nie było cienia wątpliwości, ale ostrzeżenie było wyraźne. - Dzisiaj nie musieliśmy nikogo poświęcać, ale to nie oznacza, że przyszłość będzie tak samo łaskawa. Myślę, że powinieneś znaleźć bezpieczniejsze miejsce dla swojego... przyjaciela. - Popatrzyła w dziwny sposób w miejsce, gdzie znajdował się smoczognik. Jakby zastanawiała się, czy może faktycznie nie lepiej byłoby go ukryć za szkiełkiem.
Rzuciła ostatnie spojrzenie w głąb lasu, gdzie galopem zniknęli jego strażnicy. Była to kraina, której prawa i rytmy były inne niż te, do których przywykli ludzie. Dla niej fascynacja tą odmiennością była niemal namacalna, ale zdawała sobie sprawę, że równie szybko, jak las ich przyjął, mógłby ich wypluć.
- Chodźmy, nie nadużywajmy gościnności - rzuciła, odwracając się i ruszając przed siebie. Jej kroki były ciche, ale zdecydowane, jakby i ona - przynajmniej przez chwilę - była częścią tej pradawnej harmonii.
Jeśli będziesz dalej kroczyła po kamieniach z gwiazd... Uśmiechnęła się blado, słysząc, że spotka ją coś niezwykłego. Nie chciała być niewdzięczna, ale ta przepowiednia nie wydawała się wybitnie zachęcająca. Miała wrażenie, że nic co wydarzyło się w jej życiu nie było zwyczajne, a przy tym nie bawiła się za dobrze idąc przez nie, więc pozostało jej tylko czekać na kolejne zwroty losu.
A poza tym, jak miałaby zgubić ścieżkę, skoro widziała już dokąd wiedzie?
- Dali nam więcej, niż mogliśmy oczekiwać - powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Więc chyba poszło nam dobrze? - Pytanie padło na głos, ale nie oczekiwała na nie odpowiedzi. Nie patrzyła nawet na Leviathana, wciąż patrzyła tam, gdzie jeszcze chwilę temu stało otaczające ich stado.
Przez moment przypominała sobie spojrzenie Vralnila - przenikliwe, ciężkie, ale pełne jakiejś nieoczywistej mądrości, która zdawała się odbijać w każdym jego słowie. Poprawiła ubranie, chroniąc się przed chłodem wilgotnego lasu.
- Musimy dotrzymać umowy - dodała, spoglądając na Leviathana. W jej głosie nie było cienia wątpliwości, ale ostrzeżenie było wyraźne. - Dzisiaj nie musieliśmy nikogo poświęcać, ale to nie oznacza, że przyszłość będzie tak samo łaskawa. Myślę, że powinieneś znaleźć bezpieczniejsze miejsce dla swojego... przyjaciela. - Popatrzyła w dziwny sposób w miejsce, gdzie znajdował się smoczognik. Jakby zastanawiała się, czy może faktycznie nie lepiej byłoby go ukryć za szkiełkiem.
Rzuciła ostatnie spojrzenie w głąb lasu, gdzie galopem zniknęli jego strażnicy. Była to kraina, której prawa i rytmy były inne niż te, do których przywykli ludzie. Dla niej fascynacja tą odmiennością była niemal namacalna, ale zdawała sobie sprawę, że równie szybko, jak las ich przyjął, mógłby ich wypluć.
- Chodźmy, nie nadużywajmy gościnności - rzuciła, odwracając się i ruszając przed siebie. Jej kroki były ciche, ale zdecydowane, jakby i ona - przynajmniej przez chwilę - była częścią tej pradawnej harmonii.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga