22.10.2022, 02:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2022, 02:37 przez Eden Lestrange.)
Wbrew wszelkim pozorom, noce nie były ulubioną porą dnia Eden.
Wraz z zachodem słońca i ciemnością przychodziły dziwne myśli. Problemy moralne wykwitały nagle z tyłu głowy i wierciły dziurę w czaszce, objawiając się swego rodzaju migreną, której nie sposób wyleczyć żadnym eliksirem. Dlatego wolała zasypiać zanim wybije północ; zanim nocni dręczyciele rozpoczną wartę nad jej uchem i zaczną wypominać wszelkie jej błędy. Nie chciała przecież słuchać o fikcji.
Życie Eden było zaplanowane z zegarkiem w ręku, prawie że co do minuty - o 22
0 zaczynała wieczorną toaletę, o 22:45 była już w łóżku i czytała chwilę, a o 23:00 była już w objęciach Morfeusza. Mitycznego wytworu, a nie w objęciach męża, bo drogi tej dwójki rozeszły się już jakiś czas temu. Nie była pewna kiedy; z jednej strony czuła, jakby było to wczoraj, ale z drugiej strony nawykła już tak bardzo, że mogła być to też wieczność. Wiedziała jednak, że była zdecydowanie za młoda, żeby czuć się tak staro. I zbyt odczłowieczona, na własne życzenie, żeby w ogóle się nad tym rozckliwiać.
W drodze z łazienki do swojej sypialni zauważyła mokre ślady butów na podłodze. Smugi błota i resztek deszczu brudziły drewno i psuły harmonię. Irytację zamaskowała narastająca czujność i adrenalina. Ewidentnie w pokoju oczekiwał na nią intruz, a ona nie miała przy sobie różdżki. Mogła co najwyżej bronić się kapciem, bo oprócz nich miała na sobie jedynie jedwabną piżamę w grafitowym kolorze i rozchełstany szlafrok do kompletu. Odgarnęła za uszy włosy wciąż wilgotne po kąpieli, położyła dłoń na klamce. Wdech, pchnięcie, zapalenie światła.
Serce stanęło, ominęło jeden takt.
To tylko on.
Wytchnęła - ciężko powiedzieć czy z ulgą, czy z irytacją. Zamknęła za sobą drzwi, poprawiła okulary na nosie, które ostatnimi czasy nosiła wieczorami i do czytania, niechybnie ślępnąc od ślęczenia nad papierami i rachunkami. Posłała bratu spojrzenie, które powinno być mu znajome jak amen w pacierzu - Eden wyraźnie wybierała właśnie odpowiedź na jego zmasakrowane bonsoir, ale większość opcji dialogowych byłaby bardzo, bardzo niegrzeczna i musiała je po kolei odrzucać.
Chcąc kupić sobie jeszcze trochę czasu, schyliła się po piersiówkę leżącą praktycznie u jej stóp, powąchała zawartość, znajdując w ostrej woni whisky kilka odpowiedzi na niezadane jeszcze pytania. Wywróciła oczyma nieznacznie, prawie niezauważalnie, po czym odstawiła przedmiot na komodę przy drzwiach - z dala od Elliotta.
- A więc czego szukasz? Guza? - zapytała wreszcie, ale nie brzmiała na złą. Czuła dziwne uczucie deja vu, jakby już kiedyś czuła się potwornie zmęczona życiem, a musiała się z nim użerać. Wiedziała podskórnie, że uniesienie się w gniewie nic nie da, a nawet ją skompromituje. A więc płynęła z nurtem, jak jej biedny, przemoczony szezlong.
- Musisz, to się zastanowić nad sobą - oświadczyła, nie mogąc się powstrzymać od czegoś niosącego znamiona docinku. Uniosła brwi. - Ale w porządku, niech będzie. Masz piętnaście minut, zanim położę się spać, a więc sugeruję, żebyśmy tę rozmowę przeprowadzili jak parlamentarzyści, na stojąco, co by zrobić to zwięźle. - Zabrzmiała jak ojciec, ruszyła rękoma w górę, wskazując mu, żeby się w końcu podniósł i przestał rujnować jej meble. Stać ją było na nowy, ale nie lubiła marnotrawstwa.
Tak samo jak nie lubiła problemów moralnych w środku nocy.
Wraz z zachodem słońca i ciemnością przychodziły dziwne myśli. Problemy moralne wykwitały nagle z tyłu głowy i wierciły dziurę w czaszce, objawiając się swego rodzaju migreną, której nie sposób wyleczyć żadnym eliksirem. Dlatego wolała zasypiać zanim wybije północ; zanim nocni dręczyciele rozpoczną wartę nad jej uchem i zaczną wypominać wszelkie jej błędy. Nie chciała przecież słuchać o fikcji.
Życie Eden było zaplanowane z zegarkiem w ręku, prawie że co do minuty - o 22
0 zaczynała wieczorną toaletę, o 22:45 była już w łóżku i czytała chwilę, a o 23:00 była już w objęciach Morfeusza. Mitycznego wytworu, a nie w objęciach męża, bo drogi tej dwójki rozeszły się już jakiś czas temu. Nie była pewna kiedy; z jednej strony czuła, jakby było to wczoraj, ale z drugiej strony nawykła już tak bardzo, że mogła być to też wieczność. Wiedziała jednak, że była zdecydowanie za młoda, żeby czuć się tak staro. I zbyt odczłowieczona, na własne życzenie, żeby w ogóle się nad tym rozckliwiać. W drodze z łazienki do swojej sypialni zauważyła mokre ślady butów na podłodze. Smugi błota i resztek deszczu brudziły drewno i psuły harmonię. Irytację zamaskowała narastająca czujność i adrenalina. Ewidentnie w pokoju oczekiwał na nią intruz, a ona nie miała przy sobie różdżki. Mogła co najwyżej bronić się kapciem, bo oprócz nich miała na sobie jedynie jedwabną piżamę w grafitowym kolorze i rozchełstany szlafrok do kompletu. Odgarnęła za uszy włosy wciąż wilgotne po kąpieli, położyła dłoń na klamce. Wdech, pchnięcie, zapalenie światła.
Serce stanęło, ominęło jeden takt.
To tylko on.
Wytchnęła - ciężko powiedzieć czy z ulgą, czy z irytacją. Zamknęła za sobą drzwi, poprawiła okulary na nosie, które ostatnimi czasy nosiła wieczorami i do czytania, niechybnie ślępnąc od ślęczenia nad papierami i rachunkami. Posłała bratu spojrzenie, które powinno być mu znajome jak amen w pacierzu - Eden wyraźnie wybierała właśnie odpowiedź na jego zmasakrowane bonsoir, ale większość opcji dialogowych byłaby bardzo, bardzo niegrzeczna i musiała je po kolei odrzucać.
Chcąc kupić sobie jeszcze trochę czasu, schyliła się po piersiówkę leżącą praktycznie u jej stóp, powąchała zawartość, znajdując w ostrej woni whisky kilka odpowiedzi na niezadane jeszcze pytania. Wywróciła oczyma nieznacznie, prawie niezauważalnie, po czym odstawiła przedmiot na komodę przy drzwiach - z dala od Elliotta.
- A więc czego szukasz? Guza? - zapytała wreszcie, ale nie brzmiała na złą. Czuła dziwne uczucie deja vu, jakby już kiedyś czuła się potwornie zmęczona życiem, a musiała się z nim użerać. Wiedziała podskórnie, że uniesienie się w gniewie nic nie da, a nawet ją skompromituje. A więc płynęła z nurtem, jak jej biedny, przemoczony szezlong.
- Musisz, to się zastanowić nad sobą - oświadczyła, nie mogąc się powstrzymać od czegoś niosącego znamiona docinku. Uniosła brwi. - Ale w porządku, niech będzie. Masz piętnaście minut, zanim położę się spać, a więc sugeruję, żebyśmy tę rozmowę przeprowadzili jak parlamentarzyści, na stojąco, co by zrobić to zwięźle. - Zabrzmiała jak ojciec, ruszyła rękoma w górę, wskazując mu, żeby się w końcu podniósł i przestał rujnować jej meble. Stać ją było na nowy, ale nie lubiła marnotrawstwa.
Tak samo jak nie lubiła problemów moralnych w środku nocy.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~