Przewędrował palcem po jego ramieniu i nakreślił kant jednego z tatuaży, jaki się tam znalazł. Nie trzeba być znawcą sztuki, żeby zobaczyć prostą rzecz - większość z tych tatuaży była robiona... inaczej. Miały inny styl. Nie mówiąc o tym, że próżno było na jego ciele szukać kompozycji. Był tak samo chaotyczne jak życie, które prowadził. Chciał poznać historię każdego z tych tatuaży. Co się za nimi kryło i jaki był cel ich wykonywania. Czy to dlatego, że mu się tatuaże podobały. Wszystko powinien zacząć od pytania: a czy mój ci się podoba..? Temat tatuaży, tak jak książek, zachęcał właściwie do eksploracji - a jednak sam Laurent tak samo chwilowo te książki porzucił. Chyba nie temu miała służyć ta gra - takim banalnym pytaniom. Dlatego właśnie była zła z założenia. Służyła do tego, żeby dzieciaki wyżywały się na sobie wzajem, a jeśli czegoś nie chcesz robić, na coś nie chcesz odpowiedzieć, to będą cię wytykać palcami, wyśmiewać i obrażać. Bo przecież trzeba mieć luz! Z Flynnem ta gra taka nie była.
- Oooch... to brzmi bardzo ciekawie. - W jaki sposób matematyka w ogóle miała opisywać ten świat? Wyobrażenia i zagadnienie chwyciło jak dobra przynęta grubą rybę. Na chwilkę przyćmiła cały szereg zastanowień i rozmyślań. Więc to też było coś mugolskiego, tak? Flynn wydawał się bardzo lubić mugoli. A może on się wychował w jakimś środowisku im bliskim?Chciał go zapytać o to dzieciństwo, ale nie chciał wywoływać jakichś złych wspomnień. Wydawało mu się, że już i tak wystarczająco mieszające pytanie zadał.
Przekreślił w swoim umyśle temat zaproszenia Flynna do społeczeństwa i świata w tym konspekcie, skoro były mu niepotrzebne. Imię... to nadane i wpisane w dokumentach imię stało się dla niego ważniejsze od spotkania z Vakelem. Nagle to, jak do ciebie mówili, wydawało mu się skarbem. I wcale nie był przekonany, że lubiane do tamtego spotkania przez niego "Laurent" nadal było tak samo fajne. Właściwie - już nie było.
Z Flynnem tak nie było, a i tak pojawiło się pytanie, które sprawiło, że Laurent odszukał z szokiem jego spojrzenia. Upewnił się tym samym, że się wcale nie przesłyszał.
Co to w ogóle było za pytanie..?
- To bardzo... złe pytanie... Flynn... - Bardzo bajkowe, tendencyjne. Pytanie-pułapka. Bo jak miałby powiedzieć szczerze "nie"? Tak z uwagi na to, co teraz ich łączyło? Ale to pytanie zawierało w sobie obietnicę pełni jego szczęścia. Mężczyzna, który miał w piździe opinię publiczną, że trzyma ślicznego chłopca na kolanach, którego może całować, z władzą, siłą, z obietnicą na zawsze i na wieczność, bez fałszu i kłamstw, zdrad... Bajka. Flynn właśnie się go pytał, czy gdyby mógł dostać się do bajki to czy by z tego skorzystał. Poprawił się niespokojnie i trochę podciągnął wyżej na poduszce. - Flynn, on mnie... on... - Miałby powiedzieć też "tak"? Starał się być tak bardzo wyrozumiały... wybaczający. Ale zaufać mu - raz jeszcze? I jeszcze pytał o to po tym? Laurent ułożył dłoń na klatce piersiowej, czując znów w niej nieprzyjemny uścisk. Uciekł wzrokiem of Flynna, zaczął szybciej oddychać. Duma jakby to wyczuł - słychać było jak zerwał się ze swojego posłania i zaraz stanął w drzwiach sypialni z uszami postawionymi w sztorc i czujnym spojrzeniem. - On mnie odurzył i zgwałcił. A potem pozwolił mnie gwałcić innym. - Taka to była właśnie bajkowa historia o naiwności i zakochaniu. Powiedział to na głos i poruszył się - podniósł się do pozycji siedzącej w potrzebie ruszenia się, odejścia stąd, schowania się. Ale zwolnił. Nie wstał z łóżka, bo przecież to głupie, przecież nie ma przed czym uciekać. Nie ma przed kim. Właściwie to nawet nie mógł uciekać. Przecież to Dante powinien to robić. Pokręcił przecząco głową, opierając na jej bokach dłonie. - Nie... nie chciałbym... - A jednak... a jednak nie potrafił powiedzieć, że go nie kochał. Że niczego do niego czuje. Bo wszystko, co było przed tym, było dokładnie jak to - kradzież samego księżyca z nieba. Ale to nie była bajka, Dante był sobą, a Laurent dusił się samą świadomością, że ten człowiek istnieje.