Nie wszyscy mogli zdobywać punkty. Ktoś musiał je przecież tracić. Oczywiście chwała tym wszystkim mądrym dziewczynom i chłopakom, którzy stawali na rzęsach i siedzieli po nocy tylko po to, aby zdobyć te kilka punktów. Pech niestety był taki, że wystarczyła czwórka chłopaków, aby te ciężko zarobione punkty tracić niczym nic nie warte miliony w kasynach.
O ile Atreus i Louvain grali w Ślizgońskiej drużynie, tak Stanleyowi pozostało tylko wierne kibicowanie swoich kompanom. Czy był trochę zły o to, że i on nie może z nimi latać? Jak najbardziej. Czy nie podobało mu się to, że traci trochę sławy i splendoru? Mniej ale również. Pomyśleć tylko o tym, ile więcej blondynek by go mogło wtedy kojarzyć, a tak... No cóż. Borgin musiał sobie radzić w inny sposób jeżeli chciał zdać na następny rok. Na całe szczęście do pomocy miał całe grono koleżanek, które chętnie udzielały wsparcia w tym czy innym przedmiocie za kilka miłych słów skierowanych w ich stronę. Ot, takie lekkie przekupstwo ale nawet uczciwe, czyż nie?
Niektórzy woleli książki, a on akurat wolał się dobrze bawić. Życie miał jedno i nie miał najmniejszych chęci aby całą młodość spędził przy książkach czy innych nudnych pergaminach. Nauka nie była dla niego - ewidentnie. Po prostu było tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, że brakowało czasu na uczniowskie obowiązki, cóż za zrządzenie losu.
- To... Musi być bardzo ciekawa lektura. Naprawdę... - przyznał, chociaż blefował. Nie interesowało go to w ogóle, a dodatkowo nie miał nawet pojęcia co to było to całe "Ilvermorny". Czy ona go w tym momencie obrażała? Ale to musi być tragicznie nudne... pomyślał ale zachował pokerową twarz, nie pozwalając na ani sekundę grymasu. Był aż takim tragicznym rozmówcą, a może straszny, że Cynthia musiała się odwrócić? Może to te fajki? - Coś się stało? - dopytał, chociaż nie był tak głupi jak się mogło wydawać i swoje się domyślał. Na dworze też nie było zimno, więc te rumiane poliki można było tłumaczyć tylko w jeden sposób - A tam, drobnostka. W końcu Ty masz szansę zdobyć jakieś punkty dla naszego domu jeżeli dobrze pójdą testy, nie? - stwierdził jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Trochę to była też pochwała skierowana do jego rozmówczyni. Borgin zdawał sobie sprawę, że nikt nie pokładał w nim nadziei na uzyskanie przewagi nad innymi domami. On mógł ją jedynie zaprzepaścić - Hahah... - parsknął śmiechem na jej słowa. To było oczywiste, że będzie jej potrzebował - Jeżeli nie będzie mi szło... - nie będzie mu szło - To będę wiedział do kogo się zwrócić o pomoc - przyznał, a następnie strzelił palcem w kierunku Cynthii.
Przyjrzał się jej z zaciekawieniem kiedy wspomniała o zirytowani - Tak? - przejechał językiem po ustach aby nawilżyć spiętrzone usta - No jak mam się nie denerwować skoro Atreus wpierdala się w nieswoje sprawy? - zapytał z ciężkim westchnieniem. Stanley trochę jednak pokolorował rzeczy, ponieważ Sara była neutralna i nie była niczyją własnością, więc Bulstrode'a atakował de facto ziemię niczyją - A czy to pierwszy raz? - poprawił czuprynę, odpowiadając ze spokojem. Mówił o tym jakby to był chleb powszedni i nic nowego. Jakby to nie robiło na nim zupełnie żadnego wrażenia - Z całym szacunkiem ale cukierki z melisy i hibiskusa nie wyglądają tak cool jak papierosy - przyznał, przyglądając się jak Flint grzebie po kieszeniach - Może powinnaś spróbować tego i owego? Jedna fajka jeszcze nikogo nie zabiła, a kto wie... Może to jest coś czego potrzebujesz? - skręcił trochę głowę w bok. Sprawnym ruchem wyciągnął jednego papierosa, a następnie opatulił go dłonią aby przypadkiem nikt inny tego nie zauważył - To może mała wymiana? Ja spróbuję Twojego sposobu, a Ty mojego? - zaproponował z lekko szyderczym uśmieszkiem. Borgin proponował jej po części pakt z diabłem - Jeżeli nie chcesz tutaj palić to możemy pójść w bardziej ustronne miejsce. Znam takie jedno - stwierdził, oczekując jej reakcji.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972