07.01.2025, 10:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2025, 10:25 przez Brenna Longbottom.)
– Wiem.
Wciąż uważała, że jest trochę lepiej niż u mugoli – a już słuchając o takim USA, to tamtejszy system był absolutnie szalony. Ale znalezienie złotego środka, pomiędzy dawaniem ludziom szansy na poprawę, a chronieniem ofiar, nie wyszło do końca także w społeczeństwie czarodziejów. Nie wspominając o tym, że niektórzy byli wciąż praktycznie nietykalni – wpływy, pieniądze i odpowiednie nazwisko sprawiało, że tacy Lestrange czy Malfoyowie zasadniczo nie musieli z niczego się tłumaczyć.
– To musiała być naprawdę urocza osoba – stwierdziła Brenna, kręcąc głową. Niestety, nie trzeba było być śmierciożercą czy nawet zwolennikiem Voldemorta, żeby zachowywać się jak skończony pajac.
Nie skomentowała postępowania Tristana. Nie czuła, że ma do tego prawo. Gdyby zaczął prowadzić własny interes, na pewno zwróciłby na siebie uwagę, jeżeli nie śmierciożerców, to po prostu czarodziejów niechętnych mugolom. Jego rodzice zginęli, on sam był torturowany, i coś takiego wystarczyło, aby złamać nawet najsilniejszy umysł. Nie wiedziała, co sama zrobiłaby w takiej sytuacji – nie chciała nigdy się dowiedzieć. Chyba nie odsunęłaby się: nie zrobiłaby tego, bo zostałaby już tylko nienawiść, i chciałaby zemsty, nieważne jakim kosztem. Chyba chciałaby umrzeć i ryzyko nie miałoby już znaczenia. Może więc to, że on postanowił odpuścić, żyć dalej w spokoju, w pewnym sensie świadczyło tylko o jego sile.
– Nikt nie cierpi przez ciebie – sprostowała za to, znad szklanki z herbatą, z tej nieszczęsnej, trochę zwietrzałej torebki. – Ostatnio ciągle to słyszę, wiesz? To moja wina, nie chcę nikogo narażać, przeze mnie ktoś może ucierpieć i tak dalej. I zawsze powtarzają to osoby, które niczemu nie są winne.
Frustracja: frustracja przepełniała Brennę, ilekroć to słyszała. Jej wiara w Zakon się chwiała, sama już wiedziała, że popełniła za wiele błędów i nie nadaje się do pewnych rzeczy, ale chyba najgorsze było właśnie to – patrzenie na kolejne osoby, które uważały, że problem z tym, co dzieje się w tym kraju, tkwi w nich. Wkurwiało ją to, bo było trochę tak, jakby śmierciożercy już wygrali: wniknęli w umysły ludzi tak mocno, że przepełnili ich poczuciem beznadziei i zmienili ich sposób myślenia.
– Jestem kiepska z eliksirów. Nie umiem uwarzyć niczego, czego nie było w podstawowym programie – przyznała Brenna. Jako uczennica jak wszyscy musiała przygotowywać eliksir na czkawkę czy inne, podstawowe mikstury, ale brakowało jej wyczucia i talentu na cokolwiek poza zdaniem egzaminów. Nie była zdecydowanie dobrym partnerem do robienia interesów w branży eliksotwórstwa. – Ale jeżeli masz dość ograniczania się do stania za ladą w sklepie swoich rodziców albo chcesz zbierać fundusze… cóż, są mikstury, które mogą pomóc w radzeniu sobie z Rogerami z tego świata. I mogę ci zapłacić za zajmowanie się nimi.
To zawsze było coś innego niż sprzedaż, a i mogło pozwolić zaoszczędzić więcej na ten własny interes…
Pewne rzeczy można było po prostu kupić, ale zawsze lepiej współpracować z kimś zaufanym – a chociaż były Dora i Nora, i Lupinowie, to Nora miała też małe dziecko i klubokawiarnię na głowie, a apteka Lupinów i ich własne prace wynalazcze pochłaniały przecież czas. Olivia umawiała się z mugolakiem. Została zaatakowana przez fanatyków. Dość jasno wyrażała swoje poglądy i raczej ciężko było uznać to za przedstawienie pod publiczkę, skoro jej partnera omal nie zabili śmierciożercy.
– Nie wiem tego – stwierdziła, poruszyła lekko ramionami, jakby to tak naprawdę nie miało znaczenia. Czy w ogóle była dobrym człowiekiem? W pewnym sensie była rozpuszczonym dzieciakiem z domu czystokrwistych, który przywykł, że dostaje to, czego chce. Jasne, nie sprawiło to, że zaczęła uważać się za lepszą od innych, zgubiła gdzieś po drodze empatię czy się rozleniwiła, ale zawsze z tyłu głowy miała myśl, że tak naprawdę wielu rzeczy nie musi robić, jeśli nie chce, bywała trochę zarozumiała, a poza tym…
…myśl o tym, że schwytani zwolennicy Voldemorta trafiali w czułe ramiona dementorów, sprawiała jej satysfakcję.
Wciąż żałowała, że podczas Beltane nie pozwoliła Hale’owi umrzeć.
Nigdy nie użyła czarnej magii. Ale chyba w głębi ducha po wiośnie i po lecie, po Kniei, po pogrzebach, po dniach pełnych napięcia, pogodziła się z myślą, że kiedyś to zrobi: nie przerażało jej to, nie mierziło nawet. Nie wiedziała, jak daleko ją to doprowadzi – ale jeżeli do samego piekła, niech i tak będzie. Byleby poszli tam razem: byleby pociągnęła za sobą jak najwięcej osób z tej drugiej strony.
– Też ich nie żałuję. Dlaczego bym miała? Nie obchodzi mnie, czy doprowadziła ich do tego ataku choroba psychiczna albo trudne dzieciństwo. Życzę im wszystkiego, co najgorsze. I nie czuję się z tym źle.
Wciąż uważała, że jest trochę lepiej niż u mugoli – a już słuchając o takim USA, to tamtejszy system był absolutnie szalony. Ale znalezienie złotego środka, pomiędzy dawaniem ludziom szansy na poprawę, a chronieniem ofiar, nie wyszło do końca także w społeczeństwie czarodziejów. Nie wspominając o tym, że niektórzy byli wciąż praktycznie nietykalni – wpływy, pieniądze i odpowiednie nazwisko sprawiało, że tacy Lestrange czy Malfoyowie zasadniczo nie musieli z niczego się tłumaczyć.
– To musiała być naprawdę urocza osoba – stwierdziła Brenna, kręcąc głową. Niestety, nie trzeba było być śmierciożercą czy nawet zwolennikiem Voldemorta, żeby zachowywać się jak skończony pajac.
Nie skomentowała postępowania Tristana. Nie czuła, że ma do tego prawo. Gdyby zaczął prowadzić własny interes, na pewno zwróciłby na siebie uwagę, jeżeli nie śmierciożerców, to po prostu czarodziejów niechętnych mugolom. Jego rodzice zginęli, on sam był torturowany, i coś takiego wystarczyło, aby złamać nawet najsilniejszy umysł. Nie wiedziała, co sama zrobiłaby w takiej sytuacji – nie chciała nigdy się dowiedzieć. Chyba nie odsunęłaby się: nie zrobiłaby tego, bo zostałaby już tylko nienawiść, i chciałaby zemsty, nieważne jakim kosztem. Chyba chciałaby umrzeć i ryzyko nie miałoby już znaczenia. Może więc to, że on postanowił odpuścić, żyć dalej w spokoju, w pewnym sensie świadczyło tylko o jego sile.
– Nikt nie cierpi przez ciebie – sprostowała za to, znad szklanki z herbatą, z tej nieszczęsnej, trochę zwietrzałej torebki. – Ostatnio ciągle to słyszę, wiesz? To moja wina, nie chcę nikogo narażać, przeze mnie ktoś może ucierpieć i tak dalej. I zawsze powtarzają to osoby, które niczemu nie są winne.
Frustracja: frustracja przepełniała Brennę, ilekroć to słyszała. Jej wiara w Zakon się chwiała, sama już wiedziała, że popełniła za wiele błędów i nie nadaje się do pewnych rzeczy, ale chyba najgorsze było właśnie to – patrzenie na kolejne osoby, które uważały, że problem z tym, co dzieje się w tym kraju, tkwi w nich. Wkurwiało ją to, bo było trochę tak, jakby śmierciożercy już wygrali: wniknęli w umysły ludzi tak mocno, że przepełnili ich poczuciem beznadziei i zmienili ich sposób myślenia.
– Jestem kiepska z eliksirów. Nie umiem uwarzyć niczego, czego nie było w podstawowym programie – przyznała Brenna. Jako uczennica jak wszyscy musiała przygotowywać eliksir na czkawkę czy inne, podstawowe mikstury, ale brakowało jej wyczucia i talentu na cokolwiek poza zdaniem egzaminów. Nie była zdecydowanie dobrym partnerem do robienia interesów w branży eliksotwórstwa. – Ale jeżeli masz dość ograniczania się do stania za ladą w sklepie swoich rodziców albo chcesz zbierać fundusze… cóż, są mikstury, które mogą pomóc w radzeniu sobie z Rogerami z tego świata. I mogę ci zapłacić za zajmowanie się nimi.
To zawsze było coś innego niż sprzedaż, a i mogło pozwolić zaoszczędzić więcej na ten własny interes…
Pewne rzeczy można było po prostu kupić, ale zawsze lepiej współpracować z kimś zaufanym – a chociaż były Dora i Nora, i Lupinowie, to Nora miała też małe dziecko i klubokawiarnię na głowie, a apteka Lupinów i ich własne prace wynalazcze pochłaniały przecież czas. Olivia umawiała się z mugolakiem. Została zaatakowana przez fanatyków. Dość jasno wyrażała swoje poglądy i raczej ciężko było uznać to za przedstawienie pod publiczkę, skoro jej partnera omal nie zabili śmierciożercy.
– Nie wiem tego – stwierdziła, poruszyła lekko ramionami, jakby to tak naprawdę nie miało znaczenia. Czy w ogóle była dobrym człowiekiem? W pewnym sensie była rozpuszczonym dzieciakiem z domu czystokrwistych, który przywykł, że dostaje to, czego chce. Jasne, nie sprawiło to, że zaczęła uważać się za lepszą od innych, zgubiła gdzieś po drodze empatię czy się rozleniwiła, ale zawsze z tyłu głowy miała myśl, że tak naprawdę wielu rzeczy nie musi robić, jeśli nie chce, bywała trochę zarozumiała, a poza tym…
…myśl o tym, że schwytani zwolennicy Voldemorta trafiali w czułe ramiona dementorów, sprawiała jej satysfakcję.
Wciąż żałowała, że podczas Beltane nie pozwoliła Hale’owi umrzeć.
Nigdy nie użyła czarnej magii. Ale chyba w głębi ducha po wiośnie i po lecie, po Kniei, po pogrzebach, po dniach pełnych napięcia, pogodziła się z myślą, że kiedyś to zrobi: nie przerażało jej to, nie mierziło nawet. Nie wiedziała, jak daleko ją to doprowadzi – ale jeżeli do samego piekła, niech i tak będzie. Byleby poszli tam razem: byleby pociągnęła za sobą jak najwięcej osób z tej drugiej strony.
– Też ich nie żałuję. Dlaczego bym miała? Nie obchodzi mnie, czy doprowadziła ich do tego ataku choroba psychiczna albo trudne dzieciństwo. Życzę im wszystkiego, co najgorsze. I nie czuję się z tym źle.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.