Okazuje się, że to natręctwo było bardzo skutecznym sposobem, bo jakoś Laurentowi wypadli z głowy inni faceci. Wypadły mu z głowy niuanse o potrzebie chodzenia do kogoś, o tej beznadziei przygody jednej nocy, o nieszczęściu jednorazowych przygód. Flynn wpierdolił się z butami i z naburmuszoną miną przyglądał mu się spomiędzy kwiatków. Szczury podobno potrafiły dostać się wszędzie, podobno były mistrzami przetrwania, podobno nie istniały dla nich przeszkody, przez które w końcu nie przedrą się swoimi zębami. Pytanie nie brzmiało więc czy osiągną swój cel a kiedy. W przypadku Flynna nawet "kiedy" stawało się małym słoiczkiem z miodem stojącym obok całego ula obciekającego nim. Jak. Po prostu jak on tego dokonał..?
- Podoba. - Ciche, krótkie słowo zatonęło między kolejnymi pocałunkami, kiedy zszedł do jego bioder. - Baaardzo... - Przesunął dłoń dokładnie tam, gdzie wędrowały myśli Flynna. - ... podoba - Przyglądał się jego twarzy spod roztrzepanych kosmyków jasnych włosów. Doprawdy - ten człowiek zaczynał mu się jawić jako niespożyta energia - i skąd ona się brała? Co go tak mocno napędzało? Wizje o tym człowieku, który odpływał do narkotyków i cierpiał z powodu własnego pożądania rozpływała się, jakby była tylko złym snem. Rozmazywała na płaszczyźnie tego, jak mógł go obserwować każdego dnia. Miał takie poczucie, że coś się udało. Że w tym okropnym chaosie coś wyszło dobrze, komuś się udało pomóc, coś można było uratować. Kogoś można było uratować. Być może to dalej ten alkohol przez niego przemawiał, to rozluźnienie i ta możliwość nadmiernie szybkiego przeskakiwania między tymi wszystkimi myślami. A może nic się nie udało i to właśnie, co działo się teraz, było złym snem, bo przyjdzie się z niego bardzo brutalnie obudzić i będzie miał równie brutalne zakończenie. - A gdzie mnie zabierzesz..? - Zapytał słodkim głosikiem. I usta zabłądziły w końcu za dłonią. - Opowiadaj. - Której to opowieści wcale mu nie ułatwił, czarując swoim dotykiem, językiem i wargami. I zadawał głupie pytanka, tylko po to, żeby go zmusić do mówienia, do sprawdzania jego skupienia i słuchania, jakie głupoty jest w stanie mu opowiadać. A czy będą kwiaty? A świeca? Czy zapalisz mi dwie świece za każdą zgaszoną? Przyniesiesz księżyc, który obiecałeś? Każde drażnienie się musiało mieć jednak swoje wyczucie, a Laurent bacznie obserwował każde drgnięcie i wsłuchiwał się w każde stęknięcie. Zabrał go na szczyt drugi raz - tym razem swoimi ustami, nawet kiedy łzy stawały w kącikach oczu. Był grzecznym chłopcem - połknął wszystko.
Przylepiony teraz bokiem twarzy do jego nogi spoglądał na niego trzepocząc rzęsami jak najbardziej niewinna istota na tym świecie, nieskażona żadną myślą o przemocy i seksie.