27.01.2023, 12:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 12:19 przez Mackenzie Greengrass.)
- Sam schował się za zasłonką? – spytała Mackenzie, nie mając pojęcia, czy w tej chwili mówił w sensie metaforycznym i powinna być bardzo oburzona dlatego, że Theo schował kwiatka potrzebującego słońca na zasłoną, czy raczej mówił dosłownie, i powinna być bardzo oburzona, bo bez śladu wyrzutów sumienia zamordował przedstawiciela rzadkiego gatunku wędrujących kaktusów. Co za szczęście, że sam twierdził, że nie ma innych roślin, które mogłyby zostać tak brutalnie potraktowane!
– Nie miewałam nieudanych meczów. I w skrzydle szpitalnym najdłużej byłam trzy dni. Z tobą w dodatku – stwierdziła Mackenzie, marszcząc brwi. Może i dałaby się nabrać na to kłamstwo, mimo jego kompletnej nielogiczności, bo chłopak był po prostu bardzo wprawiony w kłamaniu, a w dodatku miał jakąś Lovegoodowską aurę, która sprawiała, że nieprawdopodobne opowieści zdawały się trochę mniej nieprawdopodobne, gdyby nie wspomniał o tym nieudanym meczu.
Była za uparta, aby przyznać, że w powietrzu cokolwiek kiedykolwiek jej nie wyszło. Mogła przyznać się do błędu na ziemi, ale nie podczas meczu.
– Nie mam ulubionej muzyki – odparła automatycznie, gdy zadał jej pytanie. Jeżeli tej słuchała, to tylko kiedy zdarzyło się, że wymknęła się do jakiegoś baru i nie miała wtedy żadnego wpływu na repertuar. Jej wiedza o muzyce ograniczała się do możliwości stwierdzenia, że coś jest „ładne” albo „mój Merlinie, wyłączcie to zaraz, bębenki pękają”. Obrzuciła Lovegooda spojrzeniem, które było może i neutralne, ale przez głowę Mackenzie przeszła myśl, co on takiego knuje. Po tym, jak bestialsko potraktował nieszczęsnego kaktusa, dlaczego miałby troszczyć się o jej roślinki? – Dziękuję, ale nie musisz się tak… ehem, poświęcać. Moje roślinki doskonale poradzą sobie bez tego – zapewniła. Ustawiła kolejne donice, na razie prowizorycznie obok mioteł, bo ich część miała trafić do dwóch pozostałych pomieszczeń, by wnieść do nich trochę życia (omal się nie wzdrygnęła na myśl o pokojach w sąsiednim mieszkaniu, tak bardzo pozbawionych obecności roślin!), a potem zrzuciła na podłogę z ramienia torbę z ubraniami.
– Dziękuję za pomoc. Wiszę ci przysługę – powiedziała rzeczowo, rozglądając się po swoim nowym lokum z pewnym namysłem. Planowanie, jeśli nie szło o strategie quidditcha, nie szło jej najlepiej, a wyglądało na to, że musi wreszcie zrobić listę zakupów.
– Nie miewałam nieudanych meczów. I w skrzydle szpitalnym najdłużej byłam trzy dni. Z tobą w dodatku – stwierdziła Mackenzie, marszcząc brwi. Może i dałaby się nabrać na to kłamstwo, mimo jego kompletnej nielogiczności, bo chłopak był po prostu bardzo wprawiony w kłamaniu, a w dodatku miał jakąś Lovegoodowską aurę, która sprawiała, że nieprawdopodobne opowieści zdawały się trochę mniej nieprawdopodobne, gdyby nie wspomniał o tym nieudanym meczu.
Była za uparta, aby przyznać, że w powietrzu cokolwiek kiedykolwiek jej nie wyszło. Mogła przyznać się do błędu na ziemi, ale nie podczas meczu.
– Nie mam ulubionej muzyki – odparła automatycznie, gdy zadał jej pytanie. Jeżeli tej słuchała, to tylko kiedy zdarzyło się, że wymknęła się do jakiegoś baru i nie miała wtedy żadnego wpływu na repertuar. Jej wiedza o muzyce ograniczała się do możliwości stwierdzenia, że coś jest „ładne” albo „mój Merlinie, wyłączcie to zaraz, bębenki pękają”. Obrzuciła Lovegooda spojrzeniem, które było może i neutralne, ale przez głowę Mackenzie przeszła myśl, co on takiego knuje. Po tym, jak bestialsko potraktował nieszczęsnego kaktusa, dlaczego miałby troszczyć się o jej roślinki? – Dziękuję, ale nie musisz się tak… ehem, poświęcać. Moje roślinki doskonale poradzą sobie bez tego – zapewniła. Ustawiła kolejne donice, na razie prowizorycznie obok mioteł, bo ich część miała trafić do dwóch pozostałych pomieszczeń, by wnieść do nich trochę życia (omal się nie wzdrygnęła na myśl o pokojach w sąsiednim mieszkaniu, tak bardzo pozbawionych obecności roślin!), a potem zrzuciła na podłogę z ramienia torbę z ubraniami.
– Dziękuję za pomoc. Wiszę ci przysługę – powiedziała rzeczowo, rozglądając się po swoim nowym lokum z pewnym namysłem. Planowanie, jeśli nie szło o strategie quidditcha, nie szło jej najlepiej, a wyglądało na to, że musi wreszcie zrobić listę zakupów.