Ta rozmowa była im potrzebna, mogli choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co stało się z nimi. Jakby nigdy nic dyskutowali o czymś, co miało nigdy się nie wydarzyć, a jednak to pomagało. Odsunięcie rzeczywistości gdzieś daleko, rozważanie sytuacji zupełnie nieprawdopodobnych, lekkich. Byli pijani, mieli prawo nieco odpłynąć, udawało im się to całkiem nieźle, przynajmniej jak na razie. Choć na chwilę mogli odetchnąć, ten pomysł z wyjściem na zewnątrz okazał się być naprawdę doskonałym.
- Oj nie, nie podoba mi się ten tok rozumowania. - Jasne, zdawała sobie sprawę, jak to wyglądało w naturze, ale nie rozmawiali przecież o tym, jak to powinna faktycznie działać. Inaczej nie rozważaliby jej w roli dżdżownicy, nie chciała być jednym z wielu robaków, tylko tym jednym, wyjątkowym, który zainteresowałby Roisa. O to przede wszystkim jej chodziło. W tonie jej głosu nadal mógl wyczuć to udawane oburzenie. Na szczęście dosyć szybko się zreflektował.
- Cieszę się, że się rozumiemy. Nie potrzebowałbyś żadnej innej dżdżownicy, gdybyś mnie wybrał. - Była pewna, że obecność jej jako tej jedynej naprawdę wystarczyłaby mu do szczęścia, i do użyźnienia ziemi w całym jego ogródku, czy tam kompostowniku, mniejsza o to, o jaki obszar ziemi chodziło. - Tak, na pewno nie byłoby lepszego zespołu od nas. - Nie miała wobec tego najmniejszych wątpliwości.
Wiedziała, że nie żałowałby swojej decyzji. W końcu mieli to już za sobą. Potrafiła odwrócić jego uwagę od wszystkich innych osób, zresztą on robił z nią to samo. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby się nim dzielić, i nie chodzi tu tylko o jej ewentualne dżdżownicze obowiązki, chodziło o coś więcej. Właściwie to wszystko zmierzało ku jednemu. Naprawdę dobrze im było razem, perfekcyjnie się uzupełniali, nie potrzebowali nikogo więcej do szczęścia.
Czuła jego dłoń, która wślizgnęła się jej pod koszulę, zresztą jego własną - taką znalazła w szafie. Miała świadomość do kogo należy, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Upodobała sobie przejmowanie koszul Roisa, dzięki temu mogła czuć na sobie jego zapach, kiedy wychodził z domu, jakby nadal znajdował się tuż obok niej. Ta może trochę już leżała w szafie i nie dawała jej akurat tego, jednak to niczego nie zmieniało. Lubiła to robić. Dotyk jego palców, które powoli przemierzały jej skórę był kojący, wszystkie problemy, o których myślała na ten krótki moment gdzieś zniknęły, wyparowały.
- Pewnie też najbardziej wojowniczą ze wszystkich. - Musiała wyróżnić się czymś poza długością, przecież jej wzrost nie był jedyną rzeczą, która ją charakteryzowała. - Byłby to wybór od pierwszego wejrzenia, na pewno przestałbyś szukać innych dżdżownic, jak już trafiłbyś na mnie. - Nie wiedzieć czemu okropnie ją bawiła ta myśl, chociaż to naprawdę było bardzo głupie. Jak widać potrzebowali rozmowy właśnie na takim poziomie. - Nie udusiłabym się tam? - Miała nadzieję, że nie, bo to byłaby tragiczna śmierć.
- Fakt, zapomniałam. Za bardzo skupiłam się na mojej ewentualnej przyszłości jako najwspanialsza z dżdżownic. Cóż, myślę, że to byłaby droga bez powrotu. - Nie było szansy, aby robal przeżył spotkanie z kwasami żołądkowymi ptaka, chociaż w jej przypadku, cóż, jakby się uparła jak zawsze to pewnie byłaby pierwszą dżdżownicą, która przeżyła pożarcie przez mewę, byleby udowodnić, że było to możliwe.
- Czyli nie ma się czym martwić, zabierałbyś mnie ze sobą wszędzie, abym była bezpieczna od drapieżników, to brzmi dobrze. - Może nawet byłaby gotowa sprawdzić, czy życie jako robak faktycznie może być takie atrakcyjne?
- Trochę nie masz wyjścia, inaczej pewien skunks wbiłby w ciebie swoje pazurki. - Nie przestawała się uśmiechać, bo ta rozmowa była zupełnie inna od tych, które ostatnio odbyli. Beztroska, jakby nic złego im się nie przytrafiło, jakby nadal mogli sobie gdybać o różnych możliwościach.
- To wcale nie musiałoby być ramię, mogłabym Ci się owinąć wokół szyi i robić za całkiem gustowny szalik, nikt pewnie nie wiedziałby nawet, że żyję. Zostałabym Twoją tajną bronią. - To na pewno mogło zadziałać, przecież ten plan był niesamowicie sprytny. Przed zamkniętymi oczami wizualizowała sobie nawet taki obraz, ona - skunks, na jego szyi. To musiałoby się udać. Szkoda tylko, że raczej nigdy nie miało się wydarzyć, bo przecież nie doszli do tego, że miałoby jeszcze coś łączyć, no i Ambroise nigdy nie zabrałby jej ze sobą na ścieżki, przesadzał okropnie z tym dbaniem o jej bezpieczeństwo.