Cornelius z rozbawieniem obserwował swojego przyjaciela, który, jak zwykle, nie omieszkał wylać na niego wiadra cynicznych uwag. Ambroise, z jego wyspecjalizowanym talentem do uszczypliwości, z pewnością potrafił wywołać u Corneliusa zarówno uśmiech, jak i chęć do odgryzienia się. Był bezczelny jak zawsze, ale Corio musiał przyznać, że po części miał rację, znajomości mocno ułatwiły mu życie, tym bardziej, że nie każdy potrafiłby przetrwać w ministerialnym gąszczu bez odpowiednich pleców. To, co dla jednych było wstecznym nepotyzmem, dla niego stanowiło sprytny krok ku lepszemu życiu.
- Tak, tak, drogi przyjacielu. - Odpowiedział z przekornym uśmiechem, na jego twarzy pojawił się grymas pełen nieskrępowanej kpiny. - Może to i wsteczny nepotyzm, ale przynajmniej nie muszę się martwić o to, czy dostanę miejsce w kolejce po awans. A ty, jak rozumiem, wciąż walczysz z biurokratycznymi zawirowaniami na swoim etacie? - Zaraz po tym, jak wypowiedział te słowa, natychmiast poczuł satysfakcję, w końcu jego przyjaciel, z tą swoją złośliwą naturą, zasługiwał na odrobinę pokory. - Poza tym, wspinaczka po szczeblach kariery to naprawdę wyczerpujące zajęcie. Wiesz, niektórzy twierdzą, że nepotyzm to brzydka rzecz. - Kontynuował, nie mogąc się powstrzymać. - Ale czy nie jest to po prostu inteligentne zarządzanie swoimi relacjami? Przecież gdybym miał tylko talent, a nie znajomości, to pewnie wciąż błąkałbym się po korytarzach Munga, czekając na łaskę losu. A tak, mam swoje miejsce, nawet jeśli niektórzy nie mogą znieść wspomnienia widoku mojego ryja tam, gdzie już mnie nie ma. - W tym momencie wymownie spojrzał na swojego przyjaciela, jakby chciał powiedzieć: „nie jesteś lepszy, szach-mat”.
W zależności od odpowiedzi, był gotów dorzucić coś więcej, zanim odejdzie, ale zamiast tego przystanął w miejscu, zaskoczony nagłym zapałem Nory, przyglądając się jej z nieco zdziwionym wyrazem twarzy. Odkąd się poznali, raz na jakiś czas widując się w ramach spotkań TH, zdążył już zorientować się, że potrafiła być dość zdecydowana i bezpośrednia, ale to, co właśnie zrobiła, przerosło jego oczekiwania. Zmarszczył brwi, z trudem hamując falę wątpliwości, która natychmiast pojawiła się w jego umyśle, bo słowa Nory brzmiały jak nieco niezdarny wstęp do propozycji, której się nie spodziewał, bo niemal od razu, z wyraźnym zapałem w oczach, zaczęła mówić o jakichś poszukiwaniach kota. Karmelka, jak go nazywała. W swoim wolnym czasie unikał prowadzenia śledztw, poszukiwania śladów, zajmowania się badaniami, bo nie był pracoholikiem, a wręcz przeciwnie, stronił od tego, jak tylko mógł, żeby nie zrobić z pracy koronera swojej jedynej cechy osobowości. Ambroise o tym wiedział, był tego świadomy, Nora najwidoczniej nie dostała tej notatki.
- Karmelka, mówisz? - Zawahał się przez chwilę, a potem wzruszył ramionami, nie powiedział Norze, że ta propozycja była dla niego porównywania do zaoferowania leśniczemu spaceru po lesie w ramach jednodniowej rekreakcji, a zamiast tego posłał jednoznaczne spojrzenie w kierunku Ambroise'a, który jednocześnie spojrzał na niego rozbawiony. Nora jednak nie czekała na jego odpowiedź, zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę ogrodu pani Swann, jakby już podjęła decyzję, że Cornelius nie miał tu nic do powiedzenia. Zatrzymał się na moment, przyglądając się jej z powątpiewaniem. Chciał coś powiedzieć, wyrazić swoje wątpliwości:
Przecież w Dolinie zawsze coś się działo, koty znikały, psy uciekały, a on miał wrażenie, że to wszystko to jedynie chwilowe zawirowania. Zdarzało się, że zwierzęta wracały do domów po kilku dniach, a może nawet tygodniach.
Ale w końcu wzruszył ramionami, czując, że argumenty w tej sytuacji były zbędne.
Niedowierzając, Corio jeszcze raz spojrzał na twarz przyjaciela. Ostatnio w Dolinie rzeczywiście krążyły niepokojące wieści o znikających futrzakach, ale czy to naprawdę wymagało takiego zaangażowania? Ambroise? Mężczyzna, który, jak Corio wiedział, potrafił być nieco zbyt poważny i zdystansowany, wobec większości ludzi, miałby wspierać ten nieco absurdalny projekt? Niespodziewanie poczuł, że niewiele brakowało, aby się roześmiał, komentując nowe dziwactwo Greengrassa, który najwidoczniej postanowił zostać starą panną, do czego potrzebował pomocy Nory w chwytaniu kotów z okolicy, lecz szybko powstrzymał się, bo w końcu to nie była sytuacja do żartów.
- No dobrze, niech będzie, może rzeczywiście warto sprawdzić ten ogród. - Odezwał się w końcu, starając się nadać swojemu głosowi ton, który miał brzmieć jak zgoda, ale jego głos był zabarwiony sceptycyzmem.
- Nie mogę uwierzyć, że poświęcam swój czas na poszukiwania kota, który prawdopodobnie zechciał po prostu na chwilę zniknąć, żeby odpocząć od swojej szurniętej właścicielki. - Cicho dodał, idąc za Norą, ale kierując te słowa tylko do Greengrassa, milknąc, zanim weszli do ogrodu, zaczynając rozglądać się za zaginionym Karmelkiem we wszystkich zakamarkach.