09.01.2025, 00:20 ✶
Nie istniał sposób na to, żeby zatrzymać go przy sobie na siłę. Nie był Fontaine polegającą na jego umiejętnościach. Nie był Alexandrem, którego umysł nigdy nie wydostał się poza Fantasmagorię. Nie był Cainem zamkniętym w śnieżnej kuli przeżywania tych samych momentów w nieskończoność, aż jego umysł nie wysiądzie już kompletnie. Laurent był obywatelem świata, mogącym dobierać sobie znajomości z różnych środowisk i budować swoje życie według swojego widzimisię. Posiadanie go obok było cholernie dobrym komplementem - bo to faktycznie było, jakby motyl wybrał cię do tego, żeby na tobie usiąść, ale motyle odlatywały. Nawet jeżeli leżałeś na ich ulubionych kwiatach i trwałeś w bezruchu jak przy kocie leżącym blisko na pościeli, to i tak mogło się nie udać. No bo dlaczego motyl mający tak krótkie życie miałby z tobą zostać?
Nic w jego życiu nigdy nie było pewnikiem, ale Prewett wzbudzał w nim wyjątkowo gęste pokłady złych myśli - szczególnie przez to, że chociaż wyszarpał tu sobie pewne zapewnienia i sam zapiał coś o bliskości, bezpieczeństwie, mówieniu sobie o rzeczach, to ich życia były... Osobne. Denerwowało go to już przy Alexandrze, chociaż podobno mieli być partnerami na dobre i na złe, podsycił to jeszcze mocniej całkowicie zamknięty na to Bletchley - wieczne udawanie, że byli współlokatorami, kuzynami, znajomymi. Przed każdym, przed kim faktycznie dało się ukryć prawdę o własnej naturze. Tak łatwo było pomijać go w obiegu informacji. Traktować go jako coś do ukrycia. Trwało to już tyle lat, że w gruncie rzeczy do tego przywykł i przestało mu to tak przeszkadzać - dopiero przy hipokryzji pojawiała się jakaś iskra buntu gaszona logicznymi argumentami i faktem, że sprowadzał na ludzi wystarczająco dużo kłopotów. I nagle pojawia się obok ktoś mówiący ci wprost, że chciałby trzymać się za tobą w miejscu publicznym. Tak po prostu. I ten ktoś mógł zniknąć, bo się znudzi, bo go zabierze jego bajka z przeszłości, bo zmieni zdanie, bo się sparzy od chujostwa, jakie ze sobą przynosisz, gdziekolwiek się pojawisz.
To jest tak dużo rzeczy, o których można myśleć i się zamartwiać. Godziny, dni, tygodnie - tak wiele czasu mógłby spędzić na obawianiu się, leżeniu na drzewach i wzdychaniu głęboko. Bo co jak będzie jak wcześniej? Ale nie, głupku - powinieneś skupić się na przyszłości, a nie przeszłości, co nie? Niestety przyszłość niosła masę znaków zapytania i nie musiały kryć się pod nimi dobre rzeczy. Przyszłość wzbudzała w nim olbrzymie lęki o nadchodzącym nieszczęściu. Tam czaiły się opowieści o starciach, o kłótniach, o rozstaniach, o zdradach, o cierpieniu, o śmierci. Przykre fakty o tym, kim był kiedy nie miał kogo kochać. Absolutnym wrakiem. Gdyby nie miłość, gdyby nie ludzie dbający o siebie nawzajem, jego partnerzy opiekujący się nim na różnych etapach życia, on i Waughy już dawno gniliby w więzieniu, albo zwyczajnie zginąłby od odłamka na losowych protestach.
Ale była taka rzecz, która sprawiała, że przestawał się tym przejmować. Dotyk. On i generalnie bliskość, do jakiej dążył za wszelką cenę, w każdej możliwej sytuacji - nie trzeba było dużo, żeby sprowadzić go na ziemię - ale żeby to zrobić, trzeba było najpierw wynieść go do nieba.
Krótka historia: o kinie obwoźnym, ale nie takim, jakie można sobie wyobrazić. Takie kino jak w stanach lata temu - znane z Hollywoodzkich filmów, miało pojawić się pod koniec sierpnia w Anglii. Siedzenie w ciemnym aucie, kiedy na wielkim ekranie puszczali film. Jedzenie cholernie drogich przekąsek z okolicznego baru. Masa ludzi wokół, ale wszyscy skupieni na sobie - w ciasnej przestrzeni blaszanej puszki, w jakiej byli zamknięci. Crowa nie dziwiło, że tego typu kino nigdy nie przyjęło się u nich na dobre i można było spotkać je tylko podczas imprez okolicznościowych i festiwali - bo Brytyjczycy nie mieli tak dużych samochodów. Ale to jest jakieś przeżycie. Takie, po którym można przejechać się gdzieś dalej i obściskiwać się przy gwiazdach. Przespacerować się po mieście. Wynająć pokój w motelu i obserwować minę recepcjonisty.
Weź to teraz przekaż komuś, kto grał w twoją własną grę lepiej niż ty sam. Kogo bawi to jak się plączesz, chociaż tak bardzo próbujesz mówić normalnie, bo znasz zasady - jeżeli będziesz skupiony na mówieniu zbyt dobrze, to druga strona zrobi coś, co wyniesie cię na wyżyny rozkoszy. Wait and see z tymi kwiatami, z tymi świeczkami, z tym księżycem, bo niczego konkretnego nie dało się z tej chwili wycisnąć niż to, że facet musiał naprawdę lubić oglądać wszystko to, co działo się dalej. Całkowicie skupiony na dźwięku przełykania, wydał z siebie niemalże to samo, charakterystyczne stęknięcie jak wtedy, kiedy szczytował.
Kilka głębokich wdechów i chaotycznych wydechów. Ciężko mu się było po tym pozbierać - bo to przecież było idealne w każdym aspekcie, w każdym calu swojej obrzydliwości i płynącej za tym przyjemności. Ręka, którą przeczesywał jego włosy opadła w dół. Szorstki kciuk wytarł wpierw jedną z łez, później wilgotny kącik ust.
Laurent był absolutnie, niezaprzeczalnie, najpiękniejszym człowiekiem, jakiego widział.
- Chodź tu, ślicznotko - wyciągnął do niego ręce, chcąc powrotu tej blond czupryny na swoje ramię, żeby mógł znów podciągnąć jego nogę do góry i bawić się bielizną. Na chwilkę. Nie pogardziłby, gdyby ta chwilka trwała dłużej, ale nie był zachłanny. Gdzieś pomiędzy przemknęło mu to, że musiał teraz wymyślić coś nowego, bo musiał go zaskakiwać. Ale zastanowi się nad tym jutro.
Jutro...
Zegar tykał, a on nie mówił nic.
Wreszcie czuł się dobrze z ciszą. Cisza nagle nie była znacząca. Znów stała się bezpieczna. Zamknął oczy, kompletnie zapominając o zadaniu jakiegoś pytania. Wyglądał na zwyczajnie... spełnionego. Gdzieś tam w tle czaił się ciężar nie do końca przyjemnej rozmowy, ale na moment głowa Crowa zrobiła się pusta.
Nic w jego życiu nigdy nie było pewnikiem, ale Prewett wzbudzał w nim wyjątkowo gęste pokłady złych myśli - szczególnie przez to, że chociaż wyszarpał tu sobie pewne zapewnienia i sam zapiał coś o bliskości, bezpieczeństwie, mówieniu sobie o rzeczach, to ich życia były... Osobne. Denerwowało go to już przy Alexandrze, chociaż podobno mieli być partnerami na dobre i na złe, podsycił to jeszcze mocniej całkowicie zamknięty na to Bletchley - wieczne udawanie, że byli współlokatorami, kuzynami, znajomymi. Przed każdym, przed kim faktycznie dało się ukryć prawdę o własnej naturze. Tak łatwo było pomijać go w obiegu informacji. Traktować go jako coś do ukrycia. Trwało to już tyle lat, że w gruncie rzeczy do tego przywykł i przestało mu to tak przeszkadzać - dopiero przy hipokryzji pojawiała się jakaś iskra buntu gaszona logicznymi argumentami i faktem, że sprowadzał na ludzi wystarczająco dużo kłopotów. I nagle pojawia się obok ktoś mówiący ci wprost, że chciałby trzymać się za tobą w miejscu publicznym. Tak po prostu. I ten ktoś mógł zniknąć, bo się znudzi, bo go zabierze jego bajka z przeszłości, bo zmieni zdanie, bo się sparzy od chujostwa, jakie ze sobą przynosisz, gdziekolwiek się pojawisz.
To jest tak dużo rzeczy, o których można myśleć i się zamartwiać. Godziny, dni, tygodnie - tak wiele czasu mógłby spędzić na obawianiu się, leżeniu na drzewach i wzdychaniu głęboko. Bo co jak będzie jak wcześniej? Ale nie, głupku - powinieneś skupić się na przyszłości, a nie przeszłości, co nie? Niestety przyszłość niosła masę znaków zapytania i nie musiały kryć się pod nimi dobre rzeczy. Przyszłość wzbudzała w nim olbrzymie lęki o nadchodzącym nieszczęściu. Tam czaiły się opowieści o starciach, o kłótniach, o rozstaniach, o zdradach, o cierpieniu, o śmierci. Przykre fakty o tym, kim był kiedy nie miał kogo kochać. Absolutnym wrakiem. Gdyby nie miłość, gdyby nie ludzie dbający o siebie nawzajem, jego partnerzy opiekujący się nim na różnych etapach życia, on i Waughy już dawno gniliby w więzieniu, albo zwyczajnie zginąłby od odłamka na losowych protestach.
Ale była taka rzecz, która sprawiała, że przestawał się tym przejmować. Dotyk. On i generalnie bliskość, do jakiej dążył za wszelką cenę, w każdej możliwej sytuacji - nie trzeba było dużo, żeby sprowadzić go na ziemię - ale żeby to zrobić, trzeba było najpierw wynieść go do nieba.
Krótka historia: o kinie obwoźnym, ale nie takim, jakie można sobie wyobrazić. Takie kino jak w stanach lata temu - znane z Hollywoodzkich filmów, miało pojawić się pod koniec sierpnia w Anglii. Siedzenie w ciemnym aucie, kiedy na wielkim ekranie puszczali film. Jedzenie cholernie drogich przekąsek z okolicznego baru. Masa ludzi wokół, ale wszyscy skupieni na sobie - w ciasnej przestrzeni blaszanej puszki, w jakiej byli zamknięci. Crowa nie dziwiło, że tego typu kino nigdy nie przyjęło się u nich na dobre i można było spotkać je tylko podczas imprez okolicznościowych i festiwali - bo Brytyjczycy nie mieli tak dużych samochodów. Ale to jest jakieś przeżycie. Takie, po którym można przejechać się gdzieś dalej i obściskiwać się przy gwiazdach. Przespacerować się po mieście. Wynająć pokój w motelu i obserwować minę recepcjonisty.
Weź to teraz przekaż komuś, kto grał w twoją własną grę lepiej niż ty sam. Kogo bawi to jak się plączesz, chociaż tak bardzo próbujesz mówić normalnie, bo znasz zasady - jeżeli będziesz skupiony na mówieniu zbyt dobrze, to druga strona zrobi coś, co wyniesie cię na wyżyny rozkoszy. Wait and see z tymi kwiatami, z tymi świeczkami, z tym księżycem, bo niczego konkretnego nie dało się z tej chwili wycisnąć niż to, że facet musiał naprawdę lubić oglądać wszystko to, co działo się dalej. Całkowicie skupiony na dźwięku przełykania, wydał z siebie niemalże to samo, charakterystyczne stęknięcie jak wtedy, kiedy szczytował.
Kilka głębokich wdechów i chaotycznych wydechów. Ciężko mu się było po tym pozbierać - bo to przecież było idealne w każdym aspekcie, w każdym calu swojej obrzydliwości i płynącej za tym przyjemności. Ręka, którą przeczesywał jego włosy opadła w dół. Szorstki kciuk wytarł wpierw jedną z łez, później wilgotny kącik ust.
Laurent był absolutnie, niezaprzeczalnie, najpiękniejszym człowiekiem, jakiego widział.
- Chodź tu, ślicznotko - wyciągnął do niego ręce, chcąc powrotu tej blond czupryny na swoje ramię, żeby mógł znów podciągnąć jego nogę do góry i bawić się bielizną. Na chwilkę. Nie pogardziłby, gdyby ta chwilka trwała dłużej, ale nie był zachłanny. Gdzieś pomiędzy przemknęło mu to, że musiał teraz wymyślić coś nowego, bo musiał go zaskakiwać. Ale zastanowi się nad tym jutro.
Jutro...
Zegar tykał, a on nie mówił nic.
Wreszcie czuł się dobrze z ciszą. Cisza nagle nie była znacząca. Znów stała się bezpieczna. Zamknął oczy, kompletnie zapominając o zadaniu jakiegoś pytania. Wyglądał na zwyczajnie... spełnionego. Gdzieś tam w tle czaił się ciężar nie do końca przyjemnej rozmowy, ale na moment głowa Crowa zrobiła się pusta.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.