Wszystko to, czego doświadczał z Flynnem, nosiło znamię braku normalności.
Na przykład to, że tak chętnie wspiął się po nim z powrotem i znów złożył głowę na jego klatce piersiowej. Bo skoro już zaoferował to serce - mógł sobie je zawłaszczyć, prawda? Albo może cofnijmy się - dokładnie do momentu, w którym w ogóle zszedł w dół po jego ciele. Do chęci sprawienia mu przyjemności, chociaż rozmawiali tutaj o tym, że Flynnowi zdarzy się w przyszłości kogoś zdradzić i o Dante. Albo..? Wcześniej. Przesuwaj ten zegar wstecz, tu i teraz nie mamy tyle czasu. Tylko jak..? Serce nie chciało bić wstecz - chciało pchać krew tylko do przodu. Ten moment zatrzymania się przy makiecie - śmiesznym domku zrobionym z równie śmiesznych elementów. Tyle pracy i tyle skumulowanych problemów wokół. Tylu ludzi gotowych mu pomóc, a z każdej tej pomocy korzystał chętnie. Śmierć, która powinna nim bardziej wstrząsnąć. Właśnie - wstrząsnąć. Śmierć tego abraksana, tamtych ludzi na statku, tamtych niewinnych w Windermere. Tak wiele śmierci przed jego oczami - a on leżał tu, wsłuchiwał się w rytm serca i kontemplował życie. Cieszył się tym, że to serducho nadal telepało się tak mocno i pod jego uchem zaczynało się uspakajać. A przecież nie było niczego złego w tej małej radości. Nie powinien czuć się bandytom tylko dlatego, że... żył. Ponieważ pozwalał sobie na beztroski uśmiech w czasach zatroskania. Jakoś potrafił siebie do tego teraz przekonać.
Zamknął oczy. Dla Flynna było cicho, ale Laurent ciągle słyszał dzwon. Tremble o miłości. Obietnice spokoju. Teraz to on sięgnął po tę kołdrę, która już przesuwała się tyle razy, że nie wiedział, w którą stronę powinna być obrócona. Teraz to on ich nakrył - i ciszy nie przerywał. Bo cichło serce Flynna, a wraz z tym uspakajał się do reszty jego własny oddech. Podobało mu się to. Zapadał się w tym na tyle, że darował sobie żarcik, że przecież teraz jego pora na pytanie - bo Laurent zadał ich całkiem sporo i na każde doczekał się odpowiedzi... jakiejś. Bo ta historia zatonęła między puchem nieba mylonym z pościelą ich otaczającą. Tak bardzo mu się to podobało, że nie chciał nawet się odezwać w sprawie tego domu. Tego, co miał w głowie - że ta przestrzeń pokoi niepotrzebnych może zostać inaczej zagospodarowana... na przykład miejscem do jego ćwiczeń. Myślał o głupotach takich, jak jego ulubiony kolor, albo który z tych kwiatów w ogrodzie podoba mu się najbardziej. Gdzie by się położył, żeby motyl nie odleciał, którego nie chciał łapać w palce, by nie zniszczyć jego skrzydeł. I jak go zatrzymać, jeśli tak łatwo można go zranić? Jak mieć i jednocześnie puszczać? Oto sztuka, którą niewielu osiągnęło.
- Będziemy spać..? - Odezwał się po naprawdę długim czasie leżenia. Czuł się tak błogo ciężki, kiedy na nim leżał. Tak ciepło. Tylko mały dyskomfort w głowie mówił, że jest dzień, powinien wstać, umyć się, poprosić Migotka o uporządkowanie sypialni i... działać. Dalej działać. Te myśli pewnie w końcu przybiorą na sile, ale na razie mógł zapytać o to - czy tu zasną. Bo w tej chwili mógłby zasnąć - tylko po obudzeniu się byłby z siebie niezadowolony. - A możemy spać w wannie..? - Pogłaskał go po boku.