Całe szczęście, Erik przez dosyć spory nawał obowiązków w ostatnim czasie kładł się do łóżka wyjątkowo późno, co pozwalało mu po raz ostatni zajrzeć do swojej korespondencji. Tak jak i w przypadku pozostałej trójki wybranych, tak i on dostał list od Zeneidy Moody z najnowszymi informacjami oraz zaleceniami z dowództwa Zakonu. Nie były one najlepsze i zdecydowanie nie nastrajały pozytywnie względem nadchodzących dni.
Nazwisko Arabelli mówiło mu więcej, niż wzmianka o tym, że jest badaczką i sojuszniczką Zakonu Feniksa. W Ministerstwie Magii pracowało kilka osób z rodu Bulstrode i gościli kilku reprezentantów rodu na ostatnim balu charytatywnym. Czy wiedzieli, w jakim stanie była ich krewniaczka? Czy któreś z nich miało na tyle rozległe znajomości, że skontaktowali się w jej imieniu z organizacją Dumbledore'a? Ciężko było stwierdzić, ale najbardziej i tak liczyły się w tej chwili fakty.
Należało zdobyć antidotum i chociaż Erik nie był zbytnio wyszkolony w sztuce Zielarstwa, tak całkiem nieźle radził sobie w terenie i miał ku temu odpowiednie predyspozycje, jak to łaskawie określiła we własnych słowach panna Moody. Longbottomowi nie pozostawało więc nic innego, jak pojawić się na miejscu spotkania o umówionej godzinie. Skoro mieli się wybrać na tę dosyć nietypową wycieczkę do Szkocji, to należało znaleźć świstoklik i z niego skorzystać.
Po opuszczeniu magicznie zabezpieczonych granic rodzinnej posiadłości, skupił się na lokalizacji spotkania przekazanej mu na odwrocie listu i zniknął z cichym trzaskiem. Mógł wprawdzie przyjść tam na piechotę, ale czemu miałby sobie odmawiać użycia magii, skoro była ku temu okazja? Miał wrażenie, że kiedy wylądują w Szkocji i tak się nieźle namacha, żeby pomóc przy znalezieniu tego kwiatka, zioła, czy cokolwiek było potrzebne eliksirowarom z Zakonu.
Miał przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo innym i ewentualnie dostać się w miejsca z dotarciem do których inni członkowie wyprawy mogliby mieć problem. Pokładał sporą wiarę w umiejętności członków Zakonu, toteż miał wrażenie, że nie będą mieli zbytnich trudności ze zlokalizowaniem głównego składnika antidotum. Prędzej by doszukiwał się trudności w podaniu go Arabelli.
— Wezwanie w ostatniej chwili, co? — rzucił z niemrawym uśmiechem do Nory, kiedy teleportował się zaledwie kilka metrów od niej. Przymknął na moment oczy, co by pozbyć się zawrotów głowy wywoływanych nagłą zmianą lokalizacji.
Na czas misji postawił raczej na wygodny ubiór w ciemnych barwach, co by jak najmniej rzucać się w oczy, jeśli ktoś zwróci na nich uwagę w miasteczku. Wysokie buty, rozchodzone spodnie, ciemny gruby golf we wzór imitujący kratę oraz płaszcz wiosenny. Najlepiej by się chyba czuł w uniformie brygadzisty, jednak skoro nie odwiedzał Szkocji w celach służbowych, to raczej lepiej było sobie darować.
— Mam nadzieję, że podróż będzie jak najmniej bolesna — skomentował, gdy dołączyła do nich reszta zespołu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞