27.01.2023, 13:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 13:35 przez Brenna Longbottom.)
- W takim razie zrobię z tym listem dokładnie to samo, co z każdym innym tego typu – powiedziała Brenna, znów sięgając po pergamin i obracając go w dłoni. Oznaczało to odpowiedź z podziękowaniem za informację, jakiej udzielała zwykle w takich przypadkach, a potem wpisane danych do akt. Jak długo jednak pobyt Helen w szpitalu nie był rezultatem napaści, nie miał nic wspólnego ze sprawą i nie mogła biec do niej sama. A sądząc po treści listu, kobieta po prostu zaniemogła na zdrowiu.
Co nie było zaskakujące, skoro straciła dwóch synów.
- Proponuję poprosić Lupinów i moją kuzynkę, by mieli uszy otwarte. Pracują na dwóch różnych wydziałach, nie muszą do niej iść osobiście, być może dowiedzą się czegoś, bo ktoś coś przy nich po prostu wspomni. Zorientuję się, czy wśród moich krewnych i znajomych jest ktoś, kto utrzymywał z nią kontakty na tyle, by móc wysłać jej życzenia do zdrowia – dodała jeszcze, przedstawiając plany mniej więcej tak, jak robiła to w pracy, czyli darowując sobie ozdobniki, i skupiając na znalezieniu dróg, które mogły dać im pewne informacje, ale nie wystawiałyby ani Charliego, ani ich znajomych na ryzyko. Wprawdzie wątpiła, aby ktoś z Zakonu albo Longbottomów faktycznie był zaprzyjaźniony z Helen Rookwood, ale istniała szansa, że matka czy któraś ciotka była z nią choćby na roku, i i tak wysłałaby taką kartkę. Ich rodzina miała tendencje do robienia takich rzeczy, nawet bez specjalnych motywów.
Mogła zrozumieć, że Charles chciał dostać dokładniejsze informacje. W duchu cieszyła się jednak, że był gotów z nich zrezygnować. Zwłaszcza, że to nie była pewnie pierwsza tego typu sytuacja. Jeżeli chciał żyć jako Jules, to Charlie Rookwood musiał zniknąć z powierzchni ziemi.
- Podpytam paru osób – odparła krótko na informację o tym, że chłopak był gotów podjąć decyzję. Było to coś, co zasadniczo powinna skonsultować z Patrickiem i Dumbledorem. A potem na pewno prosić o pomóc Erika i pewnie jeszcze nie obejdzie się bez Mavelle, jeżeli faktycznie nie wymyślą czegoś lepszego niż list pożegnalny a jakiś czas później znalezienie ciała.
Które trzeba było skombinować z jakiejś mugolskiej kostnicy. A w dalszym planie też któregoś z Lupinów, jako uzdrowiciele powinni wiedzieć, co zrobić, by inny uzdrowiciel miał problemy z ustaleniem tożsamości na ciele, które trochę gdzieś poleżało...
Uśmiechnęła się krzywo, bardziej do siebie niż do Rookwooda. Jej życie obrało dziwny kierunek w ostatnich latach.
- Mam parę pomysłów, ale każdy ma wady, więc jeżeli sam na coś wpadniesz, nie krępuj się. W tej chwili myślę o liście pożegnalnym, tylko musiałby zostać napisany i wysłany z miejsca… hm, takiego, którego nie wywoła podejrzeń – powiedziała Brenna, wszak nie była jedynym widmowidzem na świecie, taki list mógł zostać sprawdzony. Na całe szczęście właśnie dzięki temu, że była widmowidzem, wiedziała, jak choć częściowo przed takim się zabezpieczyć. Nie bez powodu nie nosiła choćby biżuterii nigdy, gdy rozmawiała o czymś ważnym albo wybierała się zrobić coś istotnego. Kartka wyczarowana już na miejscu przeznaczenia, napisana samotnie, w odpowiedniej scenerii, od razu wysłana i wtedy widmowidz zobaczy dokładnie to, co chcą, by zobaczył… – I ehem… ukradnięciem mugolom ciała jakiegoś samobójcy, a potem zadbania, aby wyglądało jak Charles Rookwood. Spróbuję skonsultować to wszystko z mądrzejszymi ode mnie.
Brenna nigdy nie uważała się za głupią. Jej pajacowanie skrywało pewną bystrość. Ale nie była też geniuszem, a plany, jakie snuła, miewały sporo wad. Między innymi dlatego, jeżeli czas nie naglił, nie chciała wdrażać żadnego na szybko. W tym wypadku lepiej było poświęcić kilka dodatkowych tygodni niż zaryzykować błąd. Stawka mogła być zbyt wysoka.
Po tych słowach kobieta skupiła się przez chwilę na jedzeniu. Dopiero po paru kęsach i zaspokojeniu pierwszego głodu wpadła na to, żeby resztę podgrzać zaklęciem – była na tyle głodna, że to, że było zimne, niezbyt jej przeszkadzało, ale jednak zawsze lepiej było jeść na ciepło. To, że posiłek był mugolski, też ani trochę Brenny nie poruszał: uwielbiała mugolskie jedzenie i traktowała jako miłą odmianę po posiłkach, które potrafiły uciekać ci z talerza albo okazywały się mieć smak proszku do brania, bo ktoś uznał to za zabawne.
- Ja zawsze jestem zainteresowana jedzeniem – podkreśliła i to całkiem szczerze. - Kebab? Tego chyba nigdy nie jadłam. Za to bardzo lubię mugolskie pizze i hamburgery. Szkoda, że takie ciężko dostać na Pokątnej – stwierdziła. Zwłaszcza, że teraz tak bardzo nie miała czasu na włóczenie się po mugolskim Londynie. Jeszcze jakiś czas temu dyskutowały z Mav o wypadzie do kina, ale wyglądało na to, że jednak nie będzie na to szans. Nie w najbliższych tygodniach przynajmniej. – Nie przejmuj się. Po prostu dostałam dość nagłe wezwanie z pracy – powiedziała, machając ręką lekceważąco. A potem popiła jedzenie tą zimną już kawą. Oczywiście, że wolałaby ciepłą, nie cierpiała zimnej kawy, ale potrzebowała kofeiny, a wszak każdy w Brygadzie powinien być zdolny do wypicia choćby najzimniejszej i najpaskudniejszej kawy. To była część honoru biura.
Co nie było zaskakujące, skoro straciła dwóch synów.
- Proponuję poprosić Lupinów i moją kuzynkę, by mieli uszy otwarte. Pracują na dwóch różnych wydziałach, nie muszą do niej iść osobiście, być może dowiedzą się czegoś, bo ktoś coś przy nich po prostu wspomni. Zorientuję się, czy wśród moich krewnych i znajomych jest ktoś, kto utrzymywał z nią kontakty na tyle, by móc wysłać jej życzenia do zdrowia – dodała jeszcze, przedstawiając plany mniej więcej tak, jak robiła to w pracy, czyli darowując sobie ozdobniki, i skupiając na znalezieniu dróg, które mogły dać im pewne informacje, ale nie wystawiałyby ani Charliego, ani ich znajomych na ryzyko. Wprawdzie wątpiła, aby ktoś z Zakonu albo Longbottomów faktycznie był zaprzyjaźniony z Helen Rookwood, ale istniała szansa, że matka czy któraś ciotka była z nią choćby na roku, i i tak wysłałaby taką kartkę. Ich rodzina miała tendencje do robienia takich rzeczy, nawet bez specjalnych motywów.
Mogła zrozumieć, że Charles chciał dostać dokładniejsze informacje. W duchu cieszyła się jednak, że był gotów z nich zrezygnować. Zwłaszcza, że to nie była pewnie pierwsza tego typu sytuacja. Jeżeli chciał żyć jako Jules, to Charlie Rookwood musiał zniknąć z powierzchni ziemi.
- Podpytam paru osób – odparła krótko na informację o tym, że chłopak był gotów podjąć decyzję. Było to coś, co zasadniczo powinna skonsultować z Patrickiem i Dumbledorem. A potem na pewno prosić o pomóc Erika i pewnie jeszcze nie obejdzie się bez Mavelle, jeżeli faktycznie nie wymyślą czegoś lepszego niż list pożegnalny a jakiś czas później znalezienie ciała.
Które trzeba było skombinować z jakiejś mugolskiej kostnicy. A w dalszym planie też któregoś z Lupinów, jako uzdrowiciele powinni wiedzieć, co zrobić, by inny uzdrowiciel miał problemy z ustaleniem tożsamości na ciele, które trochę gdzieś poleżało...
Uśmiechnęła się krzywo, bardziej do siebie niż do Rookwooda. Jej życie obrało dziwny kierunek w ostatnich latach.
- Mam parę pomysłów, ale każdy ma wady, więc jeżeli sam na coś wpadniesz, nie krępuj się. W tej chwili myślę o liście pożegnalnym, tylko musiałby zostać napisany i wysłany z miejsca… hm, takiego, którego nie wywoła podejrzeń – powiedziała Brenna, wszak nie była jedynym widmowidzem na świecie, taki list mógł zostać sprawdzony. Na całe szczęście właśnie dzięki temu, że była widmowidzem, wiedziała, jak choć częściowo przed takim się zabezpieczyć. Nie bez powodu nie nosiła choćby biżuterii nigdy, gdy rozmawiała o czymś ważnym albo wybierała się zrobić coś istotnego. Kartka wyczarowana już na miejscu przeznaczenia, napisana samotnie, w odpowiedniej scenerii, od razu wysłana i wtedy widmowidz zobaczy dokładnie to, co chcą, by zobaczył… – I ehem… ukradnięciem mugolom ciała jakiegoś samobójcy, a potem zadbania, aby wyglądało jak Charles Rookwood. Spróbuję skonsultować to wszystko z mądrzejszymi ode mnie.
Brenna nigdy nie uważała się za głupią. Jej pajacowanie skrywało pewną bystrość. Ale nie była też geniuszem, a plany, jakie snuła, miewały sporo wad. Między innymi dlatego, jeżeli czas nie naglił, nie chciała wdrażać żadnego na szybko. W tym wypadku lepiej było poświęcić kilka dodatkowych tygodni niż zaryzykować błąd. Stawka mogła być zbyt wysoka.
Po tych słowach kobieta skupiła się przez chwilę na jedzeniu. Dopiero po paru kęsach i zaspokojeniu pierwszego głodu wpadła na to, żeby resztę podgrzać zaklęciem – była na tyle głodna, że to, że było zimne, niezbyt jej przeszkadzało, ale jednak zawsze lepiej było jeść na ciepło. To, że posiłek był mugolski, też ani trochę Brenny nie poruszał: uwielbiała mugolskie jedzenie i traktowała jako miłą odmianę po posiłkach, które potrafiły uciekać ci z talerza albo okazywały się mieć smak proszku do brania, bo ktoś uznał to za zabawne.
- Ja zawsze jestem zainteresowana jedzeniem – podkreśliła i to całkiem szczerze. - Kebab? Tego chyba nigdy nie jadłam. Za to bardzo lubię mugolskie pizze i hamburgery. Szkoda, że takie ciężko dostać na Pokątnej – stwierdziła. Zwłaszcza, że teraz tak bardzo nie miała czasu na włóczenie się po mugolskim Londynie. Jeszcze jakiś czas temu dyskutowały z Mav o wypadzie do kina, ale wyglądało na to, że jednak nie będzie na to szans. Nie w najbliższych tygodniach przynajmniej. – Nie przejmuj się. Po prostu dostałam dość nagłe wezwanie z pracy – powiedziała, machając ręką lekceważąco. A potem popiła jedzenie tą zimną już kawą. Oczywiście, że wolałaby ciepłą, nie cierpiała zimnej kawy, ale potrzebowała kofeiny, a wszak każdy w Brygadzie powinien być zdolny do wypicia choćby najzimniejszej i najpaskudniejszej kawy. To była część honoru biura.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.